sobota, 7 grudnia 2013
poniedziałek, 30 września 2013
75.
Coraz częściej mogę sobie powiedzieć 'tak, jestem szczęśliwa' ;)
There so much here to live for anyway
People, passion, love, the clouds that start to rain
Just close your eyes and breathe for a while
Oh c'mon I know you can do it if you try.
sobota, 28 września 2013
74.
Szczere mówiąc w zeszły piątek liczyłam na coś więcej. Mimo to, cieszyłam się , że wyszło jak wyszło. W końcu nigdzie mi się nie spieszy. Tym razem było inaczej. I to kolejny raz spowodowało natłok myśli, w mojej małej główce. Nie mogę się zdecydować. Sama nie wiem czego chcę. To wszystko dzieje się tak cholernie wolno, a jednocześnie tak szybko. Nie, zmieniam zdanie, to się nie dzieje szybko. Może potrzebuję więcej czasu. Może więcej czasu z nim. Jakaś mała część mnie krzyczy, że wcale tego nie chcę. Ta większa część woła o więcej. Zdarza się, że jedna zagłusza drugą. Gdy go nie ma, tak bardzo chcę, żeby był blisko. Gdy jest blisko znowu zaczynam się zastanawiać, czy to jest to czego naprawdę pragnę. Za tydzień robię sobie przerwę. Nawet jeśli najdzie mnie myśl, że chcę zostać, nie zostanę. Za dwa wyjeżdżam, więc znowu zrobi się przerwa. Za trzy zobaczymy jak się ułoży. A za cztery czeka nas kolejna wspólna impreza. Do tego czasu zamierzam zastanowić się nad tym czego chcę.
wtorek, 24 września 2013
wtorek, 3 września 2013
72.
I po wakacjach. A tak bardzo chciałabym mieć jeszcze szansę. Chociaż jedną. Proszęproszęproszęproszę! Obiecuję, że ją wykorzystam!
A tymczasem zamierzam się uczyć. Na to jest ostatnia szansa i nie zamierzam jej zmarnować. Wiem, czego chcę i pokażę wszystkim, którzy we mnie nie wierzą, że potrafię. Dam radę. Wystarczy odrobina samozaparcia. I mocna psychika. Nauczyciele straszą. I to bardzo. Dzisiaj były pierwsze lekcje, a ja już mam zapowiedzianą lekturę na piątek, sprawdzian z antyku i powtórkę z biologii na poniedziałek. A jutro jeszcze chemia i jestem pewna, ze pani także nam coś zada. Mam jedynie nadzieję, że nie zrobi żadnej niezapowiedzianej wejściówki przedmaturalnej. Co do tego mam złe przeczucia.
Jest jedna jedyna sprawa z której jestem zadowolona w związku ze szkołą. No, może dwie. Przede wszystkim zmienili nam nauczycielkę od matematyki (TAK!). Dzisiaj mieliśmy z nią pierwsze dwie lekcje i moje pierwsze wrażenie jest naprawdę dobre. Rozumiałam to, co pisałam w zeszycie. A to się naprawdę rzadko zdarzało na tych lekcjach. A przy okazji pójścia do ortopedy w związku z moją wciąż bolącą kostką dostałam zwolnienie z wf. Niestety tylko na miesiąc, jednak wujek który również jest ortopedą powiedział, że bez problemu może mi wypisać i podesłać. Byłabym w niebie, serio. Jako, że jestem w klasie maturalnej powinnam mieć mniej lekcji, szczególnie że przedmioty nierozszerzone przerobiliśmy w 1 i 2 klasie i teraz nie mamy ich wcale. A ja mimo wszystko mam lekcje do 15.10 prawie codziennie. I kiedy ja mam się uczyć do tej matury się pytam? No, kiedy? Chodzę do nienormalnej szkoły. Gdyby ktokolwiek pytał mnie o zdanie, nie poleciłabym jej. Nigdy w życiu. Mamy zapierdol bite dwa lata, żeby klasa maturalna była luźniejsza, a tu dupa. Jak był zapierdol, tak jest zapierdol.
A teraz idę wyprać sobie bluzkę. Pozdrawiam, dobranoc.
A tymczasem zamierzam się uczyć. Na to jest ostatnia szansa i nie zamierzam jej zmarnować. Wiem, czego chcę i pokażę wszystkim, którzy we mnie nie wierzą, że potrafię. Dam radę. Wystarczy odrobina samozaparcia. I mocna psychika. Nauczyciele straszą. I to bardzo. Dzisiaj były pierwsze lekcje, a ja już mam zapowiedzianą lekturę na piątek, sprawdzian z antyku i powtórkę z biologii na poniedziałek. A jutro jeszcze chemia i jestem pewna, ze pani także nam coś zada. Mam jedynie nadzieję, że nie zrobi żadnej niezapowiedzianej wejściówki przedmaturalnej. Co do tego mam złe przeczucia.
Jest jedna jedyna sprawa z której jestem zadowolona w związku ze szkołą. No, może dwie. Przede wszystkim zmienili nam nauczycielkę od matematyki (TAK!). Dzisiaj mieliśmy z nią pierwsze dwie lekcje i moje pierwsze wrażenie jest naprawdę dobre. Rozumiałam to, co pisałam w zeszycie. A to się naprawdę rzadko zdarzało na tych lekcjach. A przy okazji pójścia do ortopedy w związku z moją wciąż bolącą kostką dostałam zwolnienie z wf. Niestety tylko na miesiąc, jednak wujek który również jest ortopedą powiedział, że bez problemu może mi wypisać i podesłać. Byłabym w niebie, serio. Jako, że jestem w klasie maturalnej powinnam mieć mniej lekcji, szczególnie że przedmioty nierozszerzone przerobiliśmy w 1 i 2 klasie i teraz nie mamy ich wcale. A ja mimo wszystko mam lekcje do 15.10 prawie codziennie. I kiedy ja mam się uczyć do tej matury się pytam? No, kiedy? Chodzę do nienormalnej szkoły. Gdyby ktokolwiek pytał mnie o zdanie, nie poleciłabym jej. Nigdy w życiu. Mamy zapierdol bite dwa lata, żeby klasa maturalna była luźniejsza, a tu dupa. Jak był zapierdol, tak jest zapierdol.
A teraz idę wyprać sobie bluzkę. Pozdrawiam, dobranoc.
sobota, 31 sierpnia 2013
czwartek, 8 sierpnia 2013
70.
Zaczyna się robić ciekawie. Praca, spotkanie z nowo poznanym chłopakiem, piwo, przejażdżka po okolicy. Miło i przyjemnie spędzone dwie godziny. Nie licząc zepsutego roweru. Ale jest okazja do ponownego spotkania. Zobaczymy jak się potoczy dalej. Byle w tę dobrą dla mnie stronę. Proszę.
środa, 10 lipca 2013
poniedziałek, 8 lipca 2013
68.
Nie wiem co robić. Wszystko miesza mi się jeszcze bardziej.
A pomyśleć, że to wszystko przez jeden pieprzony sen.
A pomyśleć, że to wszystko przez jeden pieprzony sen.
czwartek, 4 lipca 2013
67.
Niewiele spędzam czasu w domu. Pół tygodnia tutaj, pół tam. Jestem tym trochę zmęczona, ale szczęśliwa i zadowolona. Lubię spędzać czas z przyjaciółmi, nawet jeśli siedzimy gapiąc się bezczynnie każdy w swój telefon. Razem raźniej, nawet jeśli chodzi o nudę. Wyszłam wczoraj o godzinie 7 z domu, a wróciłam zaledwie 1,5 godziny temu. Spakowałam kilka potrzebnych rzeczy i pojechałam do M. Jej mama już się nie orientuje, kiedy ja nocuję, a kiedy nie. Wczoraj myślała, że spałam, a ja po prostu wcześnie przyjechałam. Umówiliśmy się ze znajomymi, że podjadą po nas o 11 i jedziemy nad jezioro, gdzie inni znajomi mieli wynajęty domek. Siedzieliśmy na plaży, kąpaliśmy się, skakaliśmy z pomostu, zrobiliśmy grilla, graliśmy w karty. Totalny chillout. Gdy usiadłam na ławce i czekałam, aż zrobi mi się jedzenie, zrozumiałam jak bardzo tego potrzebowałam. Była nas łącznie dziesiątka i było sporo śmiechu i zabawy. Dzisiaj też pojechaliśmy, jednak było nas mniej, a trzech znajomych dojechało później W pewnym momencie złapała nas tak wichura i grad, że nie mieliśmy wyjścia i poszliśmy usiąść przy domku. Do środka wejść nie mogliśmy, bo właściciel był taki, że musielibyśmy zapłacić za całą dobę, nawet jeśli siedzielibyśmy zaledwie pół godziny. W końcu chłopacy stwierdzili, że wracamy i się zaczęli przebierać. W momencie gdy skończyli burza praktycznie minęła, ale nie chcieli kręcić, więc wsiedliśmy w auto i wróciliśmy. Poprosiłam ich, żeby mnie podwieźli, a oni postanowili, że wjedziemy zobaczyć jeszcze nad jezioro niedaleko mnie. Ja zamierzałam się kąpać, ale oni są straaasznie wybredni. Woda jest bardzo czysta, nawet bardziej niż nad jeziorem nad którym byliśmy wcześniej, ale o bokach plaży rosną różnego rodzaju rośliny, więc stwierdzili, że oni nie wchodzą. Gorzej niż baby. Odwieźli mnie do domu, a ja zaczęłam sprzątać. Na początku się ucieszyłam, że będę miała chwilę odpoczynku, ale już chcę tam wracać. Jednak tata ostatnio zaczyna się czepiać, więc stwierdziłam, ze jutro posiedzę w domu, a w weekend jeszcze pojadę z nimi, jeśli będą gdzieś jechać. Z tym, że wtedy wrócę do domu na noc. Niech się cieszą. Nawet mama z Szwajcarii się trochę sapie. Ale mimo wszystko jest pięknie.
A w tym wszystkim brakuje mi tylko tego, że J. z nami nie jeździ, bo pracuje. Chcę spędzać z nim czas. Nawet jeśli nadal nie wiem o co mi chodzi, ani czego chcę. Lubię, gdy jest blisko, nawet jeśli nie jest dla mnie. I chyba o to w tym chodzi, prawda? Dlatego nie mogę odpuścić sobie weekendu, nie mogę. Chcę, żeby on też był. Chyba naprawdę chcę, ale cholernie się boję. Zaangażowania, zranienia i sama nie wiem czego jeszcze. I to nadal nie jest to samo. Chciałabym czuć to, co czułam. Albo nawet bardziej.
czwartek, 27 czerwca 2013
66.
Ostatnio mam totalny mętlik w głowie. Dotyczący wszystkiego. Jednego dnia wydaje mi się, że chciałabym, żeby coś wyszło, a dwa dni później coś się we mnie załamuje i myślę sobie 'nie, to nie będzie dobre'. Sama już nie wiem, czego tak naprawdę chcę i gubię się w swoich uczuciach. Nie wiem, czy zależy mi wystarczająco bardzo, żeby to mogło się udać. Bo jak może mi zależeć, skoro nadal zdarza mi się myśleć o B.? To już nie jest i nigdy nie będzie to samo. Ale pamiętam to uczucie. I naprawdę wiele bym dała, gdyby znowu się pojawiło. Tyle tylko, że wobec kogoś innego. Chciałabym, ale czasami mam wrażenie, że nie potrafię. Nie szukam na siłę. Nigdy nie szukałam. Myśl, że coś mogłoby między nami być pojawiła się sama, znienacka. A teraz przeplata się z tymi cholernymi wątpliwościami. Ja po prostu chciałabym wiedzieć. Chciałabym mieć pewność czego chcę. Ktoś mógłby powiedzieć, że warto spróbować, przekonać się. Ale nie chcę, by potem relacje między nami się zepsuły. Nie chcę go unikać i bać się spojrzeć mu w oczy. Powtórka sytuacji z D. nie jest mi do niczego potrzebna. A doskonale pamiętam jak dziwnie mi potem było przebywać w jego towarzystwie. Jak dziwnie było patrzeć mu w oczy i udawać, że nic się nie stało. Bo stało się, nawet jeśli dla mnie nic to wtedy nie znaczyło. A teraz? Teraz znowu miałoby tak być? Przecież dopiero co unormowała się sytuacja z D. Czasami wydaje mi się, że powinnam poczekać i zobaczyć co przyniesie los. Ale samo nic nie przychodzi. Więc cały czas biję się z myślami i zastanawiam czy warto. Czy warto podejmować jakiekolwiek ryzyko? A co jeśli nic z tego nie wyjdzie? Znów będę uciekać?
Poza bałaganem w moich uczuciach jest jeszcze jedna sprawa. Mama wyjechała do Szwajcarii. Tata ma urlop od 15 i to wtedy do niej jedzie. Początkowo nie było brane pod uwagę, że i ja przyjadę, jednak plany się zmieniły. W końcu nie wiadomo kiedy się z mamą zobaczę, jeśli nie teraz. Może dopiero na święta. I z jednej strony chcę jechać. Chcę jechać dla niej, chcę jechać dla Młodego, ale chcę też jechać, bo wcale nie uśmiecha mi się siedzenie 2 tygodnie samej w domu. I chcę zobaczyć Szwajcarię. Ale z drugiej strony opuścić taką okazję. M. i jej wolny dom przez cały wyjazd moich rodziców. To mi się nie uśmiecha, bo zdaję sobie sprawę z tego jak wiele mnie ominie. Jak wiele mogę stracić. I nie chodzi mi tu tylko o imprezy. Jest coś więcej, czego się boję.
Jutro zakończenie roku. W końcu. I tak już od prawie 3 tygodni nie było mnie w szkole, ale jutro zacznę oficjalne wakacje. Fakt faktem tata mnie zabije za świadectwo, ale cóż, zdarza się. Nawet mam już przygotowaną gadkę, co mu powiem gdy się przyczepi.
Świeży tatuaż na prawej ręce i skręcona kostka w lewej nodze. Żyć, nie umierać!
P.S.Przy okazji niechodzenia do szkoły, co tygodniowych imprez i bólu w nodze zaczęłam zdecydowanie za dużo palić.
Poza bałaganem w moich uczuciach jest jeszcze jedna sprawa. Mama wyjechała do Szwajcarii. Tata ma urlop od 15 i to wtedy do niej jedzie. Początkowo nie było brane pod uwagę, że i ja przyjadę, jednak plany się zmieniły. W końcu nie wiadomo kiedy się z mamą zobaczę, jeśli nie teraz. Może dopiero na święta. I z jednej strony chcę jechać. Chcę jechać dla niej, chcę jechać dla Młodego, ale chcę też jechać, bo wcale nie uśmiecha mi się siedzenie 2 tygodnie samej w domu. I chcę zobaczyć Szwajcarię. Ale z drugiej strony opuścić taką okazję. M. i jej wolny dom przez cały wyjazd moich rodziców. To mi się nie uśmiecha, bo zdaję sobie sprawę z tego jak wiele mnie ominie. Jak wiele mogę stracić. I nie chodzi mi tu tylko o imprezy. Jest coś więcej, czego się boję.
Jutro zakończenie roku. W końcu. I tak już od prawie 3 tygodni nie było mnie w szkole, ale jutro zacznę oficjalne wakacje. Fakt faktem tata mnie zabije za świadectwo, ale cóż, zdarza się. Nawet mam już przygotowaną gadkę, co mu powiem gdy się przyczepi.
Świeży tatuaż na prawej ręce i skręcona kostka w lewej nodze. Żyć, nie umierać!
P.S.Przy okazji niechodzenia do szkoły, co tygodniowych imprez i bólu w nodze zaczęłam zdecydowanie za dużo palić.
czwartek, 6 czerwca 2013
65.
Czerwiec jest ciężkim miesiącem. Męczy mnie pranie, sprzątanie, gotowanie, zajmowanie się domem i wychowywanie brata. Czasem mam ochotę uciec. Wsiąść w pociąg, pojechać do Warszawy, Berlina, Poznania. Gdziekolwiek. Spacerować nocą po mieście. Nie myśleć o nauce, o tym, że Młody nie przeczytał lektury, o kupie brudów, która czeka na swoją kolej trafienia do pralki, ani o tak samo dużej kupie czystych ubrań, które czekają na złożenie i poukładanie w szafach. Chciałabym z czystym sumieniem usiąść na trawie, poczytać książkę, nie myśleć o niczym.
W czerwcu dużo się dzieje. Nauczyciele chcą dodatkowych ocen, bo im brakuje, uczniowie (w tym ja) poprawiają to, co potrzebują. Impreza goni imprezę. Osiemnastka za osiemnastką, a mi głupio odmawiać, szczególnie, że dostaję zaproszenia od ludzi, z którymi zależy mi na spotkaniu. Chociaż to nie zawsze wychodzi mi to na dobre. Robię coś, co wydaję mi się, że chcę robić, a kilka dni później uświadamiam sobie, że nie. Nie chcę i nigdy nie chciałam. A wszystko za każdym razem sprowadza się do tego jednego.
Za tydzień przyjeżdża mama, a ja już nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Znowu wybiję się z rytmu. Nie będę potrafiła potem wrócić do codzienności i swoich obowiązków. Będzie zła za oceny, ale nie radzę sobie. Tak długo udawałam, że wszystko jest w porządku, że teraz już przyznaję (tylko sobie, ale przyznaję), że naprawdę sobie nie radzę.
Zmęczenie coraz częściej bierze górę. Bywa, że po szkole śpię półtorej godziny, a potem i tak zasypiam o 19. Nastawiam sobie budzik na 3.30-4.00, żeby się chociaż trochę pouczyć, a potem znowu o 19 padam na twarz. I takie błędne koło. Na szczęście już jutro piątek. A ten weekend jako jedyny jest wolny od imprez, więc siedzę w domu, sprzątam i odpoczywam.
Moje emocje mieszają się ze sobą. Często sama nie wiem czego chcę, ani co czuję. Z jednej strony wydaje mi się, że ja naprawdę jestem szczęśliwa. A z drugiej tak wiele pragnę, tak wiele oczekuję. I wciąż się obawiam. Na razie tylko uciekam. Bo co innego mi pozostało? A może nic się nie zmieniło? Tak bardzo bym chciała.
Dziadek uciekł. Kolejny raz. Wyjechał za granicę. Cholera wie co się z nim dzieje. Babcia planuje wyjechać do Włoch. Mówi, że chciałaby już koło 20 czerwca. Tata z Młodym planują pojechać do mamy, do Szwajcarii. A ja znowu zostanę sama. A może to i lepiej? Może to mnie tylko zahartuję. Może dzięki temu stanę się silniejsza. Może życie przestanie być takie ciężkie, gdy będę wiedziała czego jeszcze mogę się spodziewać. Tak wiele nadziei.
Na chwile obecną nie pozostaje mi nic jak czekać na wakacje. Już niedługo! Pogoda też ma się trochę poprawić. Proszęproszęproszę, tylko trochę! Chcę słońca! Bo w taki pochmurny dzień jak dzisiaj, to nic, tylko iść spać.
Za tydzień o tej porze będziesz mój!
W czerwcu dużo się dzieje. Nauczyciele chcą dodatkowych ocen, bo im brakuje, uczniowie (w tym ja) poprawiają to, co potrzebują. Impreza goni imprezę. Osiemnastka za osiemnastką, a mi głupio odmawiać, szczególnie, że dostaję zaproszenia od ludzi, z którymi zależy mi na spotkaniu. Chociaż to nie zawsze wychodzi mi to na dobre. Robię coś, co wydaję mi się, że chcę robić, a kilka dni później uświadamiam sobie, że nie. Nie chcę i nigdy nie chciałam. A wszystko za każdym razem sprowadza się do tego jednego.
Za tydzień przyjeżdża mama, a ja już nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Znowu wybiję się z rytmu. Nie będę potrafiła potem wrócić do codzienności i swoich obowiązków. Będzie zła za oceny, ale nie radzę sobie. Tak długo udawałam, że wszystko jest w porządku, że teraz już przyznaję (tylko sobie, ale przyznaję), że naprawdę sobie nie radzę.
Zmęczenie coraz częściej bierze górę. Bywa, że po szkole śpię półtorej godziny, a potem i tak zasypiam o 19. Nastawiam sobie budzik na 3.30-4.00, żeby się chociaż trochę pouczyć, a potem znowu o 19 padam na twarz. I takie błędne koło. Na szczęście już jutro piątek. A ten weekend jako jedyny jest wolny od imprez, więc siedzę w domu, sprzątam i odpoczywam.
Moje emocje mieszają się ze sobą. Często sama nie wiem czego chcę, ani co czuję. Z jednej strony wydaje mi się, że ja naprawdę jestem szczęśliwa. A z drugiej tak wiele pragnę, tak wiele oczekuję. I wciąż się obawiam. Na razie tylko uciekam. Bo co innego mi pozostało? A może nic się nie zmieniło? Tak bardzo bym chciała.
Dziadek uciekł. Kolejny raz. Wyjechał za granicę. Cholera wie co się z nim dzieje. Babcia planuje wyjechać do Włoch. Mówi, że chciałaby już koło 20 czerwca. Tata z Młodym planują pojechać do mamy, do Szwajcarii. A ja znowu zostanę sama. A może to i lepiej? Może to mnie tylko zahartuję. Może dzięki temu stanę się silniejsza. Może życie przestanie być takie ciężkie, gdy będę wiedziała czego jeszcze mogę się spodziewać. Tak wiele nadziei.
Na chwile obecną nie pozostaje mi nic jak czekać na wakacje. Już niedługo! Pogoda też ma się trochę poprawić. Proszęproszęproszę, tylko trochę! Chcę słońca! Bo w taki pochmurny dzień jak dzisiaj, to nic, tylko iść spać.
Za tydzień o tej porze będziesz mój!
poniedziałek, 27 maja 2013
64.
Jest mi ciężko. Z każdym dniem coraz bardziej. Tata w ogóle mi nie pomaga. Nauczyciele w szkole cisną coraz bardziej. Kilka przedmiotów koniecznie muszę poprawić. Korepetycje pchają się do mnie drzwiami i oknami, a ja nawet na to nie mam czasu. Weekend miałam poświęcić nauce, a wyszło jak zwykle. Impreza, a potem zdrowienie. Wiadomka. Na szczęście tylko dwa dni szkoły i z powrotem wolne. Tym razem się biorę za naukę! Taaaa. Zawsze tak jest, najpierw coś planuję, a potem wszystko trafia szlag. Co chwilę ktoś coś ode mnie chce. Po domu rozlega się wciąż wołanie 'A. chodź na chwilę', 'A. muszę Ci coś pokazać', 'A. pomóż mi', 'A., a wiesz, że...'. I na nic zdają się moje prośby, tłumaczenie, że mam naukę, żeby mi nie przeszkadzali, nie przerywali. A potem do mnie będą pretensje. Przykro mi, nie radzę sobie. Ileż można. Nie dam rady wychowywać jedenastolatka, zajmować się domem i jeszcze poświęcać swojej nauki. Nie dam. Jestem zmęczona. We wszystkich możliwych znaczeniach. A moja psychika tak wysiada, że potrafię się rozkleić w najmniej oczekiwanym momencie. A potem chodzić jak struta przez cały dzień i udawać, że u mnie wszystko jest w porządku. Czasami chcę porozmawiać. Potrzebuję porozmawiać. Już mam na języku 'muszę pogadać', ale jakoś nie potrafi przejść przez usta. A gdy się wydaje, że mi się uda, że może to z siebie wyduszę i że będzie mi lepiej, to zawsze coś. Nie moja wina. Chciałabym, naprawdę. A czasem mi się wydaje, że naprawdę potrzebuję pomocy. Chcę, żeby ktoś zrozumiał, że nie ogarniam sama swojego życia. Nie chcę pomocy w sprzątaniu, nauce. Chcę... Tak, chcę porozmawiać. Tak od serca. Wypłakać się. A nie kolejny raz chować twarz w poduszkę.
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
63.
Ostatnio mam wrażenie, że życie przelatuje mi między palcami. Że mogłabym zrobić więcej, starać się bardziej. Zbieram wspomnienia, a jednak ciągle ich mało. Dom jest dla mnie niczym hotel. Jestem tu, bo jestem, śpię i sprzątam i nic więcej. Weekendy coraz bardziej mam zawalone. Nie pamiętam kiedy ostatnio cały spędziłam w domu. Nie przeszkadza mi to. Chcę korzystać z życia. Mimo wszystko wydaje mi się, że robię zbyt mało. Ale czasem po prostu nie mam siły by zrobić więcej.
Chciałabym usiąść w słońcu, na trawie, bez myślenia o tym, że muszę nauczyć się na sprawdzian z chemii, przetłumaczyć zdania z angielskiego, albo sprawdzić lekcje Młodego. Chciałabym siedzieć, wystawiać twarz w stronę słońca i uśmiechać się niczym nie zaprzątając sobie głowy. Ale nie potrafię tak. Nawet w weekendy, gdy niby mogę odpocząć, przez myśli przewija się masa innych rzeczy, na które mogłabym spożytkować ten czas. Chyba właśnie dlatego potrzebuję wyjazdu w skały. Będąc tam nie myślałabym o tym co mnie czeka, jutro, czy pojutrze. Ja i droga. Nic więcej.
Byle szybciej.
Weekend spędziłam w Warszawie. Ciocia płakała żegnając się z mamą. Szkoda mi jej było, wiem że bardzo się zżyły przez ostatnie kilka miesięcy. Liczyłam na to, że może go zobaczę. Nie wiem dlaczego, w końcu nic między nami nie było, ja nawet nic nie chciałam, ale spotkanie byłoby miłe. To ostatnie. Nie wiem, kiedy teraz się zobaczymy. Za pół roku? Rok? Dłużej? Trudno. Było minęło, płakać nie będę.
Uczucia ciągle mieszają mi się w głowie. Radość, gniew, chęć spotkania, złość, szczęście, smutek. Czasami siedząc obok musiał się opamiętywać. Przypominać sobie, że to nie jest chłopak dla mnie. Nie mogłabym być w takim związku. A może i warto spróbować?
czwartek, 11 kwietnia 2013
62.
Wiosna powoli wita w moich stronach. Słońce świeci, powietrze cieplejsze, śnieg topnieje. Nawet zaliczyliśmy trochę wiosennego deszczyku, który nie przeszkadzał mi nawet w najmniejszym stopniu. Powietrze jest przesycone wiosną. W końcu. To wszystko połączone z sobą daje mi motywację do funkcjonowania. Nawet matematyka nie wydaje się być taka zła. Nie, cofam to, matematyka zawsze jest zła. Gdybym jeszcze wiedziała, że nauka coś mi da, jednak znając życie nauczycielka dowali takiego zadania, że wszyscy się za głowy złapiemy. Ale koniec z narzekaniem. Ostatnio jest coraz lepiej. Oceny nie najgorsze. Mama wraca za tydzień. Weekend majowy zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nim moja osiemnastka i miejmy nadzieję, że pierwszy w tym roku wyjazd w skały. Czas mija mi jak z bicza strzelił. Nim się obejrzę nadchodzi kolejny weekend. Nie mam czasu nawet się nas tym zastanawiać. Nauczyciele cisną, nauki po dziurki w nosie, ale może to i dobrze. Im szybciej mija nam czas, tym szybciej nadejdą wakacje.
Zajmowanie się Młodym chyba nie wychodzi mi najgorzej. Oceny z matematyki i angielskiego ma naprawdę dobre, jedynie polski trochę zawalił. Humanistą, to on nie będzie. Jednak wiem, że gdyby nie był taki rozkojarzony, to spokojnie mógłby wyciągnąć na czwórkę. Dom jest ogarnięty. Z reguły. Sprzątam w weekendy, w tygodniu raczej tylko powierzchownie. Natomiast mój pokój to burdel na kółkach. Książki, zeszyty i repetytoria są wszędzie. Na półkach stoją brudne naczynia, a na ziemi walają się buty i ubrania. Idąc potykam się o własne rzeczy. Jednak nie tyle nie mam czasu, co siły tego sprzątnąć. Do tej pory moje popołudnia opierały się albo na wspinaniu albo na spaniu. Może zmieni się to, gdy wyjdzie trochę więcej słońca.
Kolejny raz jestem chora. Po ostatnim zapaleniu tchawicy złapałam już zapalenie gardła. Od razu wzięłam antybiotyk, który trochę pomagał, jednak gdy tylko skończyłam go brać wszystko wróciło. Z nosa cieknie, kaszel męczy, ale to nic. W sobotę osiemnastka D., spotkanie B. i dobra zabawa. A za tydzień jedziemy do Warszawy. Odbieramy mamę, która spędzi tydzień w domu, a potem wyjeżdża do Niemiec. Szczerze powiedziawszy mam nadzieję, że Go spotkam. Wcześniej nie byłam taka pewna, jednak myśl, że możliwe, że zobaczymy się dopiero w przyszłym roku jest... nieprzyjemna. Było mi dobrze podczas naszych spotkań, rozmów i spacerów. Teraz żałuję, że nie spróbowałam niczego więcej. Patrząc wstecz lub zbyt bardzo wybiegając w przyszłość zapomina się o teraźniejszości. A teraz właśnie na tym powinnam się skupić. Może nawet bez zastanawiania się nad konsekwencjami.
Zajmowanie się Młodym chyba nie wychodzi mi najgorzej. Oceny z matematyki i angielskiego ma naprawdę dobre, jedynie polski trochę zawalił. Humanistą, to on nie będzie. Jednak wiem, że gdyby nie był taki rozkojarzony, to spokojnie mógłby wyciągnąć na czwórkę. Dom jest ogarnięty. Z reguły. Sprzątam w weekendy, w tygodniu raczej tylko powierzchownie. Natomiast mój pokój to burdel na kółkach. Książki, zeszyty i repetytoria są wszędzie. Na półkach stoją brudne naczynia, a na ziemi walają się buty i ubrania. Idąc potykam się o własne rzeczy. Jednak nie tyle nie mam czasu, co siły tego sprzątnąć. Do tej pory moje popołudnia opierały się albo na wspinaniu albo na spaniu. Może zmieni się to, gdy wyjdzie trochę więcej słońca.
Kolejny raz jestem chora. Po ostatnim zapaleniu tchawicy złapałam już zapalenie gardła. Od razu wzięłam antybiotyk, który trochę pomagał, jednak gdy tylko skończyłam go brać wszystko wróciło. Z nosa cieknie, kaszel męczy, ale to nic. W sobotę osiemnastka D., spotkanie B. i dobra zabawa. A za tydzień jedziemy do Warszawy. Odbieramy mamę, która spędzi tydzień w domu, a potem wyjeżdża do Niemiec. Szczerze powiedziawszy mam nadzieję, że Go spotkam. Wcześniej nie byłam taka pewna, jednak myśl, że możliwe, że zobaczymy się dopiero w przyszłym roku jest... nieprzyjemna. Było mi dobrze podczas naszych spotkań, rozmów i spacerów. Teraz żałuję, że nie spróbowałam niczego więcej. Patrząc wstecz lub zbyt bardzo wybiegając w przyszłość zapomina się o teraźniejszości. A teraz właśnie na tym powinnam się skupić. Może nawet bez zastanawiania się nad konsekwencjami.
piątek, 1 marca 2013
61.
Lekarze nie potrafią leczyć.
Serio. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w domu. Przez pierwszy tydzień miałam
rekolekcję na które nie chodzę i zamierzałam przez ten czas ogarnąć trochę dom,
siebie, kondycję na ścianie itp., a wyszło na to, że leżałam w łóżku z
39stopniową gorączką. W czwartek, gdy mama wróciła ledwo się ruszałam, a i dom
nie był w najlepszym stanie, jednak co nieco udało mi się zrobić. Poszłam w
piątek do lekarki, której chyba się trochę spieszyło, bo było pięć po 13, a ona miała pracować do
13, tylko, że nie moja wina, że jak przyszłam o 12.35, to ona sobie była na
przerwie. Ale nie ważne. Weszłyśmy do gabinetu, babka mnie osłuchała,
stwierdziła że w oskrzelach czysto (i wcale jej nie zdziwił mój męczący
kaszel), brzuch mi pouciskała, zajrzała w gardło i stwierdziła, że to
delikatnie zapalenie gardła, ale da antybiotyk na wszelki wypadek. Od początku
wiedziałam, że to NIE JEST zwykłe zapalenie gardła. Od wtorku do owego piątku
co 4 (słownie: CZTERY) godziny brałam leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe,
bo inaczej nie byłam w stanie funkcjonować. Gdy tylko tabletki przestawały
działać, gorączka od razu rosła. No ale lekarz to lekarz, lekarzy powinno się
słuchać, prawda? Więc brałam ten antybiotyk. Gorączka jak była, tak pozostała,
jeszcze w niedziele wieczorem urosła do 38,5 stopnia. W poniedziałek ponownie
udałam się do lekarza. Tym razem innego. Pani doktor zapytała co mnie boli, jak
się czuję, co mnie męczy. Szybko zdiagnozowała ostre zapalenie krtani i
tchawicy, przepisała nowy antybiotyk, sterydy w każdej postaci (dosłownie
każdej: tabletki, syrop i inhalacje) od których jestem teraz cała napuchnięta,
a moja twarz wygląda jak pyza, przez co nie widać jak przez chorobę schudłam.
Teraz nadal siedzę na lekach, z domu praktycznie nie wychodzę. Dzisiaj byłam
pierwszy raz na piętnastominutowym spacerze, po którym tak mi ciekło z nosa i
miałam taki kaszel, że sądziłam, że już nigdy więcej nie ruszę się ze swojego
pokoju. Na szczęście po czasie się uspokoiło. Teraz zamiast nadrabiać lekcje
robię wszystko, żeby tego nie robić. Piszę opowiadanie, przeglądam blogi i po
raz tysięczny facebooka. Bawię się nowymi aplikacjami na telefonie, gram w
wordament, który okazał się być niemiłosiernie wciągający, uzupełniam bratu
logo quiz. A książka od biologii leży koło mnie i chyba powinnam się w końcu za
nią zabrać.
A jutro od dawna wyczekiwany
wypad na lumpy!
poniedziałek, 18 lutego 2013
wtorek, 12 lutego 2013
59.
Najgorzej jest wieczorami. Gdy nie jestem zajęta i moje myśli odbiegają nie w tą stronę, w którą powinn. Czasami zastanawiam się, czy to mnie nie przerasta. Powoli przestaję sobie radzić. I zwyczajnie tęsknię za nią.
wtorek, 8 stycznia 2013
58.
Święta minęły. Śnieg był. Narty były, zabawa też. Sylwester także się udał. Ale od początku.
Wyjazd był czymś, czego od dawna potrzebowałam. Oderwałam się od wszystkiego, spędziłam czas z rodzicami. I przez chwilę byłam nawet w dobrych relacjach z tatą, a nie jedynie 'obojętnych'. Przy okazji odkryłam w sobie nową pasję. Tak, jazda na nartach z pewnością stała się dla mnie tym, co robiłabym najchętniej zaraz po wspinaniu. Gdybym tylko miała taką możliwość. Początki były trudne. Nawet bardzo. Z rodzicami stwierdziliśmy, że żeby zaoszczędzić pieniędzy nie weźmiemy instruktora. W końcu jeździliśmy na nartach 4 lata temu, musimy coś pamiętać. Otóż nie. Wjechaliśmy orczykiem na 400 metrową górkę. Na górze okazało się, że jest bardziej stroma, niż na początku sądziliśmy. No ale co zrobić, tak czy siak zjechać trzeba, innej drogi na dół nie ma. Na pierwszy ogień poszłam ja. Niestety okazało się, że nie pamiętam jak hamować i rozwinęłam taką prędkość, że w połowie zaliczyłam glebę. I to porządną. Odpadła mi jedna narta i chyba z 10 minut siłowałam się, żeby ją założyć. Druga połowa drogi w dół te nie zachwycała. Znów rozwinęłam zbyt duża prędkość i kolejny raz się przewróciłam. Tym razem tak porządnie. Obie narty mi się odczepiły (naprawdę nie mam pojęcia jak to się stało) i poleciały w dwóch różnych kierunkach. Po mnie zjechał mój tata. Jego styl też nie zachwycał, bo także zaliczył kilka upadków. Ale nie zraziliśmy się i pojechaliśmy na górę, gdzie nadal stała mama z bratem. Tak się przestraszyli widząc mój upadek, że ani myśleli się ruszyć. Tata poprosił instruktora, który uczył naszego znajomego, aby zjechał chociaż z młodym. Pojechałam za nimi i wszystko mi się przypomniało, jednak nadal nie czułam się zbyt pewnie. No i jeździłam jak ostatnia pokraka. Powiedziałam tacie, że czułabym się pewniej po lekcji, i że przydałaby mi się chociaż jedna. W końcu ustaliłyśmy z mamą, że weźmiemy jedną na pół, czyli każda po pół godziny. Ja się rzuciłam pierwsza. Wzięliśmy pierwszego instruktora, który był wolny, jednak okazał się świetny. W każdym znaczeniu. A, owy instruktor, nie tylko naprawdę dobrze tłumaczył, ale i wyglądał nieziemsko (nadal się trzymam wersji, że mógłby mi zastąpić W - wspinacza, na którego lecimy wszystkie trzy z przyjaciółkami). W trakcie pół godziny zjechaliśmy 3 razy. Potem czas się skończył. Z bólem serca zamieniłam się z mamą, jednak cieszyłam się, że nadal będę mogła go obserwować. Mojej mamie wszystko szło tak opornie, że jeden zjazd zajął jej całą część jej lekcji. Tata zdecydował się dokupić jej pół godziny i rzeczywiście to trochę pomogło. Wprawdzie jej styl jazdy był... no, spójrzmy prawdzie w oczy, koszmarny, to jednak zjeżdżała i wydawało się, że sprawia jej to przyjemność. Sama także jeszcze tego dnia zaliczyłam wieeeele gleb, jednak i tak o wiele mniej niż mój tata. Do domu wróciliśmy na obiad.Po jedzeniu wszyscy siedzieliśmy w jednym pokoju. Pani, cholera, ciocia K. - fryzjerka, zabrała się zabrała się za robienie mi i swojej córce fryzury. Obie miałyśmy warkoczyki, które mogłyby być na naszych głowach przez tydzień, jednak nie pasowało to do mnie i już następnego dnia je zdjęłam. Mimo ogromnego zmęczenia nie mogłam zasnąć. Kręciłam się z boku na bok, i tak każdej nocy. Normalnie ubaw po pachy, naprawdę. Kolejne dni opierały się głównie na nartach. Jazda sprawiała mi coraz mniej problemów i coraz więcej przyjemności. Technika z każdym zjazdem była coraz lepsza, jednak wciąż nie zadowalająca. Tęsknie patrzyłam w stronę większej (1200 metrów) i bardziej stromej góry, jednak wiedziałam, że nie odważę się stamtąd zjechać. Przede wszystkim zniechęcały mnie tłumy ludzi, na których trzeba było uważać, no i... gdzie tam, ja? Przecież to byłaby gleba na glebie. Oczywiście myliłam się. Ostatniego dnia jazdy z rana poszliśmy własnie tam. Tata i wujek na dole wypożyczyli narty, wykupili sobie po dwa wjazdy, a reszcie rodziny po jednym i na górę. Kolejka linowa nas wwiozła. Widoki, ładnie, nie powiem, jednak nadal nie chciałam zjeżdżać. Tata z wujkiem zjechali, a ja z mamą, ciocią i dzieciakami rozejrzałyśmy się na górze. Okazało się, że jest tam też mały wyciąg, coś w sam raz dla dzieciaków, żeby podszkoliły skręty, jednak dla mnie to było zwyczajnie nudne. Od taka nudna... nie, to nawet nie była górka. Miałam wrażenie, że musiałabym się odpychać, więc zdecydowałam, że szkoda kasy i poczekam aż pójdziemy w moje ulubione miejsce. Posiedzieliśmy chwilę w karczmie, gdzie wypiłam pyszną czekoladę. I z powrotem kolejką w dół. Stwierdzili, że na drugi stok pójdziemy dopiero po obiedzie i jako, że byłam jedyna, której to nie pasowało musiałam się dostosować. Z niecierpliwością wyczekiwałam, aż wybije godzina, o której mieliśmy wyjść. Mimo że poprzedniego dnia byliśmy późnym wieczorem bo od 18 do 21, tym razem w drodze naszły mnie złe przeczucia. Byłam niemal pewna, że nic z tego. Gdy zaszliśmy okazało się, że miałam rację. Światła były zgaszone, a wyciąg nie działał. Cholerna intuicja. Nie potrafiłam odpuścić. Jeszcze tego dnia nie jeździłam i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tego nie robić, szczególnie, że był to nasz ostatni dzień. Postanowiliśmy iść na większy stok, ten sam, na którym byliśmy rano. Mama po drodze nas straszyła, że on też jest nieczynny, a ja się prawie trzęsłam. Z żalu, złości, rozpaczy i nie wiem, czego jeszcze. Na szczęście wyciąg działał. Wypożyczyliśmy narty, wykupiliśmy dwugodzinne karnety i ruszyliśmy na podbój (a w zasadzie ja ruszyłam). Ciotka, mama i dzieciaki siedzieli na górze. Młody zdecydował się iść na mały stoczek, z którego ja wcześniej zrezygnowałam. Mój pierwszy zjazd był... powolny. Tata i wujek czekali na mnie na dole tak długo, że pomyśleli, że jakąś porządną glebę zaliczyłam (a muszę się pochwalić, że w trakcie pierwszego zjazdu nie zaliczyła żadnej). Drugi już był lepszy poznałam stok, wiedziałam gdzie muszę uważać, jednak nadal się obawiałam szybkości, jaką można tam rozwinąć i jechałam wolno. Dopiero potem się zaczęło. To była bajka. Wywrotki się zdarzały, wiadomo. Z resztą, komu się nie zdarzają, gdy jedzie się z taką prędkością? Po dwóch godzinach nie miałam dosyć. Chciałam więcej. Pragnęłam więcej, a wręcz potrzebowałam. Niestety, zrobiło się późno i wyciąg powoli był zamykany. Mimo żalu, że to koniec, byłam uradowana, że jednak się zdecydowałam. Ale mimo wszystko uważam, że gdyby nie ćwiczenia wcześniejszego dnia (łącznie zjechałam 50 razy, co się równa 20km, nic dziwnego, że kolana odmawiały mi posłuszeństwa -.-) to, to by nie wyszło. Wieczorem usiedliśmy w innej karczmie. Zjedliśmy pizzę, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, szczególnie wujek, wspominając jeden z moich epickich upadków, gdzie się przewróciłam, jednak nadal zjeżdżałam, odbiłam się na rękach i jechałam dalej. Mimo śmiechu, powstrzymywałam się, żeby się nie rozpłakać. Poczułam się dokładnie tak samo, jakby ktoś powiedział mi, że nie mogę się wspinać przez najbliższy rok. Cholernie nieprzyjemne uczucie. Wychodząc z karczmy, przypomniałam sobie o softshellu, który dałam mamie na przetrzymanie. Okazało się, że zostawiła go w kawiarni na górze, gdzie już nie ma wstępu. Na szczęście bluza odnalazła się następnego dnia, chwilę przed wyjazdem do domu. Na początku nie czułam się dobrze po powrocie. Chciałam znowu znaleźć się w górach. Za każdym razem przekonuję się, że góry to moje życie. O każdej porze roku.
Sylwestra spędziłam z M. i kilkoma znajomymi z klasy. Szczerze mówiąc miałam ochotę zostać w domu, jednak później cieszyłam się, że poszłam.
Podsumowując okres świąteczny mogę powiedzieć tylko jedno: za krótko. Za krótko byłam na nartach. Za krótko trwał, bo nie miałam czasu, żeby porządnie wypocząć. Nie przeczytałam wszystkich książek, które planowałam. Teraz z niecierpliwością czekam na ferie. Jeszcze tylko 3 dni.
Sylwestra spędziłam z M. i kilkoma znajomymi z klasy. Szczerze mówiąc miałam ochotę zostać w domu, jednak później cieszyłam się, że poszłam.
Podsumowując okres świąteczny mogę powiedzieć tylko jedno: za krótko. Za krótko byłam na nartach. Za krótko trwał, bo nie miałam czasu, żeby porządnie wypocząć. Nie przeczytałam wszystkich książek, które planowałam. Teraz z niecierpliwością czekam na ferie. Jeszcze tylko 3 dni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




(1).jpg)
(1).jpg)