czwartek, 13 marca 2014

78.

Poniedziałki są całkiem znośne. Lekcje zaczynam dopiero o 10.30. Często wejściówką na biologii, jednak jako, że siedzę i w szkole już od 8, to nawet jeśli poprzedniego dnia nie zajrzę do tematów, zawsze jestem w stanie coś powtórzyć. Później tylko podstawy przedsiębiorczości i polski. Te osiem godzin w szkole jest strasznie nużące, jednak nie jest męczące.
Wtorki idzie przeżyć. Dwa polskie, matematyka, dwie biologie. Jednak jest to drugi dzień z rzędu, kiedy siedzę w szkole do 15.10, a ostatnimi lekcjami są 2 angielskie. Nudy co nie miara, dlatego i tak często wychodzi na to, że się z nich zwalniam.
Środy są cudowne (o ile można tak powiedzieć o dniu szkolnym). Zaczynam matematyką i polskim, po czym mam okienko, dwie biologie i mogę zasuwać do domciu. Od godziny 12.30 do 16.30, kiedy to tata po mnie przyjeżdża, idzie się u babci wyspać, zrobić arkusz z biologii, sprawdzić go, zjeść, odwiedzić lekarza i wiele innych rzeczy, na które brakuje czasu w ciągu innych szkolnych dni.
Czwartki to najgorsze dni w tygodniu. Zaczynam dwoma angielskimi i dla przykładu kartkówką z matury ustnej. Paranoja. Później mam dwa okienka, z czego na półtora idę na korepetycje z chemii. Nigdy nie chce mi się na nie iść, choć zawsze robię coś, co choć odrobinę poszerza moją wiedzę (dziś na przykład doświadczenia z chemii organicznej, które były robione i pokazywane specjalnie dla mnie). Po korepetycjach matematyka, a następnie 3 godziny chemii w szkole. Toż to koszmar. Dwie jest często trudno znieść, a co dopiero trzy godziny, kiedy to kolejny raz siedzę w szkole do 15.10. A jako, że jest to przedmiot maturalny, wypadałoby trochę na nim myśleć, więc z reguły pod koniec głowa mi pęka.
Piątki z jednej strony są dobrymi dniami, z drugiej też za nimi nie za bardzo przepadam. Zaczynam dwoma chemiami, więc nie zdążę się dobrze rozbudzić, a już muszę zacząć intensywnie myśleć. Pod drugie często gęsto (powiedzenie wychowawczyni ;d) mamy zadawaną z czwartku na piętek dość dużą partię materiał jak na przykład dziś na jutro: całe węglowodory alifatyczne i aromatyczne, gdyby nie to, że alifatyczne zaczęłam powtarzać już wcześniej, nie wyrobiłabym się za nic w świecie. Dlatego takich piątków jak jutro nie lubię. Mam jeszcze do zaliczenia "Inny świat" na polskim i dosyć sporo zdań na korepetycje z angielskiego do zrobienia. Poza tym w każdy piątek mamy też pracę kontrolną z matematyki. Na szczęście jutrzejsza została przełożona na początek przyszłego tygodnia, także zdążę się przez weekend trochę ogarnąć.
Weekendy są moją ulubioną porą tygodnia, jednak wbrew pozorom nie ma już takiego luzu jak kiedyś. Często gęsto do nauki zasiadam już w piątek wieczorem, po chwili odpoczynku, bo wiem, że inaczej nie wyrobię się z materiałem. A do matury coraz bliżej!
52 dni! o.O

'Już nie wytrzymuję tempa,
wszystko, kurwa, skręca.'