piątek, 1 marca 2013

61.



Lekarze nie potrafią leczyć. Serio. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w domu. Przez pierwszy tydzień miałam rekolekcję na które nie chodzę i zamierzałam przez ten czas ogarnąć trochę dom, siebie, kondycję na ścianie itp., a wyszło na to, że leżałam w łóżku z 39stopniową gorączką. W czwartek, gdy mama wróciła ledwo się ruszałam, a i dom nie był w najlepszym stanie, jednak co nieco udało mi się zrobić. Poszłam w piątek do lekarki, której chyba się trochę spieszyło, bo było pięć po 13, a ona miała pracować do 13, tylko, że nie moja wina, że jak przyszłam o 12.35, to ona sobie była na przerwie. Ale nie ważne. Weszłyśmy do gabinetu, babka mnie osłuchała, stwierdziła że w oskrzelach czysto (i wcale jej nie zdziwił mój męczący kaszel), brzuch mi pouciskała, zajrzała w gardło i stwierdziła, że to delikatnie zapalenie gardła, ale da antybiotyk na wszelki wypadek. Od początku wiedziałam, że to NIE JEST zwykłe zapalenie gardła. Od wtorku do owego piątku co 4 (słownie: CZTERY) godziny brałam leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe, bo inaczej nie byłam w stanie funkcjonować. Gdy tylko tabletki przestawały działać, gorączka od razu rosła. No ale lekarz to lekarz, lekarzy powinno się słuchać, prawda? Więc brałam ten antybiotyk. Gorączka jak była, tak pozostała, jeszcze w niedziele wieczorem urosła do 38,5 stopnia. W poniedziałek ponownie udałam się do lekarza. Tym razem innego. Pani doktor zapytała co mnie boli, jak się czuję, co mnie męczy. Szybko zdiagnozowała ostre zapalenie krtani i tchawicy, przepisała nowy antybiotyk, sterydy w każdej postaci (dosłownie każdej: tabletki, syrop i inhalacje) od których jestem teraz cała napuchnięta, a moja twarz wygląda jak pyza, przez co nie widać jak przez chorobę schudłam. Teraz nadal siedzę na lekach, z domu praktycznie nie wychodzę. Dzisiaj byłam pierwszy raz na piętnastominutowym spacerze, po którym tak mi ciekło z nosa i miałam taki kaszel, że sądziłam, że już nigdy więcej nie ruszę się ze swojego pokoju. Na szczęście po czasie się uspokoiło. Teraz zamiast nadrabiać lekcje robię wszystko, żeby tego nie robić. Piszę opowiadanie, przeglądam blogi i po raz tysięczny facebooka. Bawię się nowymi aplikacjami na telefonie, gram w wordament, który okazał się być niemiłosiernie wciągający, uzupełniam bratu logo quiz. A książka od biologii leży koło mnie i chyba powinnam się w końcu za nią zabrać.
A jutro od dawna wyczekiwany wypad na lumpy!