Lekarze nie potrafią leczyć.
Serio. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w domu. Przez pierwszy tydzień miałam
rekolekcję na które nie chodzę i zamierzałam przez ten czas ogarnąć trochę dom,
siebie, kondycję na ścianie itp., a wyszło na to, że leżałam w łóżku z
39stopniową gorączką. W czwartek, gdy mama wróciła ledwo się ruszałam, a i dom
nie był w najlepszym stanie, jednak co nieco udało mi się zrobić. Poszłam w
piątek do lekarki, której chyba się trochę spieszyło, bo było pięć po 13, a ona miała pracować do
13, tylko, że nie moja wina, że jak przyszłam o 12.35, to ona sobie była na
przerwie. Ale nie ważne. Weszłyśmy do gabinetu, babka mnie osłuchała,
stwierdziła że w oskrzelach czysto (i wcale jej nie zdziwił mój męczący
kaszel), brzuch mi pouciskała, zajrzała w gardło i stwierdziła, że to
delikatnie zapalenie gardła, ale da antybiotyk na wszelki wypadek. Od początku
wiedziałam, że to NIE JEST zwykłe zapalenie gardła. Od wtorku do owego piątku
co 4 (słownie: CZTERY) godziny brałam leki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe,
bo inaczej nie byłam w stanie funkcjonować. Gdy tylko tabletki przestawały
działać, gorączka od razu rosła. No ale lekarz to lekarz, lekarzy powinno się
słuchać, prawda? Więc brałam ten antybiotyk. Gorączka jak była, tak pozostała,
jeszcze w niedziele wieczorem urosła do 38,5 stopnia. W poniedziałek ponownie
udałam się do lekarza. Tym razem innego. Pani doktor zapytała co mnie boli, jak
się czuję, co mnie męczy. Szybko zdiagnozowała ostre zapalenie krtani i
tchawicy, przepisała nowy antybiotyk, sterydy w każdej postaci (dosłownie
każdej: tabletki, syrop i inhalacje) od których jestem teraz cała napuchnięta,
a moja twarz wygląda jak pyza, przez co nie widać jak przez chorobę schudłam.
Teraz nadal siedzę na lekach, z domu praktycznie nie wychodzę. Dzisiaj byłam
pierwszy raz na piętnastominutowym spacerze, po którym tak mi ciekło z nosa i
miałam taki kaszel, że sądziłam, że już nigdy więcej nie ruszę się ze swojego
pokoju. Na szczęście po czasie się uspokoiło. Teraz zamiast nadrabiać lekcje
robię wszystko, żeby tego nie robić. Piszę opowiadanie, przeglądam blogi i po
raz tysięczny facebooka. Bawię się nowymi aplikacjami na telefonie, gram w
wordament, który okazał się być niemiłosiernie wciągający, uzupełniam bratu
logo quiz. A książka od biologii leży koło mnie i chyba powinnam się w końcu za
nią zabrać.
A jutro od dawna wyczekiwany
wypad na lumpy!
(1).jpg)
(1).jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz