piątek, 19 grudnia 2014
piątek, 2 maja 2014
79.
W poniedziałek zaczynam matury, do których czuję się totalnie nieprzygotowana. Podobno to dobry znak. Jednak w moim przypadku, to żaden znak, ja po prostu jestem do nich nieprzygotowana. Jedyny przedmiot do którego sumiennie od lutego tego roku się przygotowywałam to chemia, jednak i z nią miałam zbyt mało czasu. Reszta jakoś tak zeszła na drugi plan. Dopiero co zaczynałam liceum było jeszcze tak wiele czasu na naukę, a to minęło jak pstryknięcie palcami. Do poniedziałku czeka mnie jeszcze wiele streszczeń i opracowań wszelkiego rodzaju. A na dodatek muszę także iść jeszcze przynajmniej raz na angielski, bo na dzisiejszych zajęciach nie wyrobiłam się i zostało mi do poprawki zaledwie pół strony pracy maturalnej. Którą swoją drogą muszę jeszcze przerobić i się jej nauczyć. Nie mam pojęcia jak tego dokonam jednocześnie wciąż powtarzając biologię, naprawdę. A biologia? Jak była, tak dalej jest w czarnej du*ie. Żebym ja dobrze zdała maturę i dostała się na tą medycynę, musiałaby się chyba zdarzyć cud. Ale ja ostatnimi czasy wierzę w cuda, więc kto wie xd.
Podchodziłam do napisania tej notki już 4 razy, dosłownie! Niestety za każdym razem stawałam już na samym początku i rezygnowałam. Dopiero teraz uświadomiłam sobie dlaczego. To nie wena mnie opuściła. W moim życiu ostatnio zwyczajnie nic się nie dzieje. Dni polegają na ciągłej nauce przerywanej praniem, powierzchownym ogarnianiem domu i gotowaniem obiadu. No, i wchodzeniem na laptopa. Jestem durna jak but, dlatego na tydzień przed maturą oglądam wszystkie, durne (bardziej niż ja) tvn-owskie programy. Cóż bywa.
A więc, plan na najbliższy czas: 5, 6, 7 maj - maturki kolejno z polskiego, matematyki i angielskiego.
9 maj - prezentacja z polskiego (niestety -.-)
12 maj - biologia (jeszcze bardziej niestety)
14 maj - ustny angielski (tak, właśnie zaczęłam się nim stresować)
16 maj - ostatnia matura, czyli chemia.
Później, to jest resztę 16 i cały 17 maj zapewne spędzę na pakowaniu swojego 19-letniego życia w 5 kartonów, które następnie muszę schować gdzieś w garażu. Później próbuję upchnąć do walizki tyle rzeczy ile tylko się da i 18 ruszam do Warszawy. Później całymi dniami ryczę w tęsknocie za swoim psem i kotem, no i może trochę za bratem. A jak już się trochę uspokoję (to jest 20 maja) wylatuję do Anglii. Mój durny pomysł, o którym powiedziałam pod wpływem samaniewiemczego. I wszystko szło pięknie i układało się po mojej myśli. Tata kupił mi bilet na samolot i w ogóle. Ale jakoś tak z dnia na dzień łapie mnie coraz większy stres i strach. Cholera, a co jak sobie nie poradzę? Co ja pieprzę. Ja sobie przecież zawsze radzę!
Tak jest i tak musi być!
Podchodziłam do napisania tej notki już 4 razy, dosłownie! Niestety za każdym razem stawałam już na samym początku i rezygnowałam. Dopiero teraz uświadomiłam sobie dlaczego. To nie wena mnie opuściła. W moim życiu ostatnio zwyczajnie nic się nie dzieje. Dni polegają na ciągłej nauce przerywanej praniem, powierzchownym ogarnianiem domu i gotowaniem obiadu. No, i wchodzeniem na laptopa. Jestem durna jak but, dlatego na tydzień przed maturą oglądam wszystkie, durne (bardziej niż ja) tvn-owskie programy. Cóż bywa.
A więc, plan na najbliższy czas: 5, 6, 7 maj - maturki kolejno z polskiego, matematyki i angielskiego.
9 maj - prezentacja z polskiego (niestety -.-)
12 maj - biologia (jeszcze bardziej niestety)
14 maj - ustny angielski (tak, właśnie zaczęłam się nim stresować)
16 maj - ostatnia matura, czyli chemia.
Później, to jest resztę 16 i cały 17 maj zapewne spędzę na pakowaniu swojego 19-letniego życia w 5 kartonów, które następnie muszę schować gdzieś w garażu. Później próbuję upchnąć do walizki tyle rzeczy ile tylko się da i 18 ruszam do Warszawy. Później całymi dniami ryczę w tęsknocie za swoim psem i kotem, no i może trochę za bratem. A jak już się trochę uspokoję (to jest 20 maja) wylatuję do Anglii. Mój durny pomysł, o którym powiedziałam pod wpływem samaniewiemczego. I wszystko szło pięknie i układało się po mojej myśli. Tata kupił mi bilet na samolot i w ogóle. Ale jakoś tak z dnia na dzień łapie mnie coraz większy stres i strach. Cholera, a co jak sobie nie poradzę? Co ja pieprzę. Ja sobie przecież zawsze radzę!
Tak jest i tak musi być!
czwartek, 13 marca 2014
78.
Poniedziałki są całkiem znośne. Lekcje zaczynam dopiero o 10.30. Często wejściówką na biologii, jednak jako, że siedzę i w szkole już od 8, to nawet jeśli poprzedniego dnia nie zajrzę do tematów, zawsze jestem w stanie coś powtórzyć. Później tylko podstawy przedsiębiorczości i polski. Te osiem godzin w szkole jest strasznie nużące, jednak nie jest męczące.
Wtorki idzie przeżyć. Dwa polskie, matematyka, dwie biologie. Jednak jest to drugi dzień z rzędu, kiedy siedzę w szkole do 15.10, a ostatnimi lekcjami są 2 angielskie. Nudy co nie miara, dlatego i tak często wychodzi na to, że się z nich zwalniam.
Środy są cudowne (o ile można tak powiedzieć o dniu szkolnym). Zaczynam matematyką i polskim, po czym mam okienko, dwie biologie i mogę zasuwać do domciu. Od godziny 12.30 do 16.30, kiedy to tata po mnie przyjeżdża, idzie się u babci wyspać, zrobić arkusz z biologii, sprawdzić go, zjeść, odwiedzić lekarza i wiele innych rzeczy, na które brakuje czasu w ciągu innych szkolnych dni.
Czwartki to najgorsze dni w tygodniu. Zaczynam dwoma angielskimi i dla przykładu kartkówką z matury ustnej. Paranoja. Później mam dwa okienka, z czego na półtora idę na korepetycje z chemii. Nigdy nie chce mi się na nie iść, choć zawsze robię coś, co choć odrobinę poszerza moją wiedzę (dziś na przykład doświadczenia z chemii organicznej, które były robione i pokazywane specjalnie dla mnie). Po korepetycjach matematyka, a następnie 3 godziny chemii w szkole. Toż to koszmar. Dwie jest często trudno znieść, a co dopiero trzy godziny, kiedy to kolejny raz siedzę w szkole do 15.10. A jako, że jest to przedmiot maturalny, wypadałoby trochę na nim myśleć, więc z reguły pod koniec głowa mi pęka.
Piątki z jednej strony są dobrymi dniami, z drugiej też za nimi nie za bardzo przepadam. Zaczynam dwoma chemiami, więc nie zdążę się dobrze rozbudzić, a już muszę zacząć intensywnie myśleć. Pod drugie często gęsto (powiedzenie wychowawczyni ;d) mamy zadawaną z czwartku na piętek dość dużą partię materiał jak na przykład dziś na jutro: całe węglowodory alifatyczne i aromatyczne, gdyby nie to, że alifatyczne zaczęłam powtarzać już wcześniej, nie wyrobiłabym się za nic w świecie. Dlatego takich piątków jak jutro nie lubię. Mam jeszcze do zaliczenia "Inny świat" na polskim i dosyć sporo zdań na korepetycje z angielskiego do zrobienia. Poza tym w każdy piątek mamy też pracę kontrolną z matematyki. Na szczęście jutrzejsza została przełożona na początek przyszłego tygodnia, także zdążę się przez weekend trochę ogarnąć.
Weekendy są moją ulubioną porą tygodnia, jednak wbrew pozorom nie ma już takiego luzu jak kiedyś. Często gęsto do nauki zasiadam już w piątek wieczorem, po chwili odpoczynku, bo wiem, że inaczej nie wyrobię się z materiałem. A do matury coraz bliżej!
Wtorki idzie przeżyć. Dwa polskie, matematyka, dwie biologie. Jednak jest to drugi dzień z rzędu, kiedy siedzę w szkole do 15.10, a ostatnimi lekcjami są 2 angielskie. Nudy co nie miara, dlatego i tak często wychodzi na to, że się z nich zwalniam.
Środy są cudowne (o ile można tak powiedzieć o dniu szkolnym). Zaczynam matematyką i polskim, po czym mam okienko, dwie biologie i mogę zasuwać do domciu. Od godziny 12.30 do 16.30, kiedy to tata po mnie przyjeżdża, idzie się u babci wyspać, zrobić arkusz z biologii, sprawdzić go, zjeść, odwiedzić lekarza i wiele innych rzeczy, na które brakuje czasu w ciągu innych szkolnych dni.
Czwartki to najgorsze dni w tygodniu. Zaczynam dwoma angielskimi i dla przykładu kartkówką z matury ustnej. Paranoja. Później mam dwa okienka, z czego na półtora idę na korepetycje z chemii. Nigdy nie chce mi się na nie iść, choć zawsze robię coś, co choć odrobinę poszerza moją wiedzę (dziś na przykład doświadczenia z chemii organicznej, które były robione i pokazywane specjalnie dla mnie). Po korepetycjach matematyka, a następnie 3 godziny chemii w szkole. Toż to koszmar. Dwie jest często trudno znieść, a co dopiero trzy godziny, kiedy to kolejny raz siedzę w szkole do 15.10. A jako, że jest to przedmiot maturalny, wypadałoby trochę na nim myśleć, więc z reguły pod koniec głowa mi pęka.
Piątki z jednej strony są dobrymi dniami, z drugiej też za nimi nie za bardzo przepadam. Zaczynam dwoma chemiami, więc nie zdążę się dobrze rozbudzić, a już muszę zacząć intensywnie myśleć. Pod drugie często gęsto (powiedzenie wychowawczyni ;d) mamy zadawaną z czwartku na piętek dość dużą partię materiał jak na przykład dziś na jutro: całe węglowodory alifatyczne i aromatyczne, gdyby nie to, że alifatyczne zaczęłam powtarzać już wcześniej, nie wyrobiłabym się za nic w świecie. Dlatego takich piątków jak jutro nie lubię. Mam jeszcze do zaliczenia "Inny świat" na polskim i dosyć sporo zdań na korepetycje z angielskiego do zrobienia. Poza tym w każdy piątek mamy też pracę kontrolną z matematyki. Na szczęście jutrzejsza została przełożona na początek przyszłego tygodnia, także zdążę się przez weekend trochę ogarnąć.
Weekendy są moją ulubioną porą tygodnia, jednak wbrew pozorom nie ma już takiego luzu jak kiedyś. Często gęsto do nauki zasiadam już w piątek wieczorem, po chwili odpoczynku, bo wiem, że inaczej nie wyrobię się z materiałem. A do matury coraz bliżej!
52 dni! o.O
'Już nie wytrzymuję tempa,
wszystko, kurwa, skręca.'
sobota, 4 stycznia 2014
77.
Przerwa
świąteczna powoli dobiega końca. Mogę powiedzieć, że wypoczęłam. Nic z resztą
dziwnego, większość czasu spędziłam w łóżku, z laptopem na kolanach i Grey’s
anatomy <3. Żałuję, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo mocno żałuję, że ani razu
nie byliśmy na stoku. Przez pewien czas byłam nawet wściekła z tego powodu, nie
na rodziców oczywiście, bo rozumiem ich, ale tak sobie. Byłam wściekła, bo tak
bardzo chciałam pojeździć, a nie mogłam. Żałuję też, że nie zajrzałam do
książek. No, do biologii na samym początku, a pod koniec zaczęłam się
dogłębniej zastanawiać nad bibliografią do pracy maturalnej, a co za tym idzie
nad całą prezentacją. Pouczyłam się też słówek z angielskiego, porobiłam kilka
ćwiczeń, znalazłam wszystkie części „Opowieści z Narnii” czytane po angielsku
(łącznie prawie 40 godzin! O.o), a do tego ściągnęłam także książki po angielsku.
Słuchać będę, nawet jeśli niewiele będę rozumieć, to przynajmniej bardziej
osłucham się z językiem.
Z jakiegoś głupiego powodu (nie wiem jakiego, ale z
pewnością myślałam wtedy o jakiś głupstwach) wpadło mi do głowy, że może by tak
wyjechać do Anglii. Ja nie potrzebuje zbyt wiele czasu na zdecydowanie się,
więc niemal od razu wprowadziłam mamę w mój plan i poprosiłam ją, żeby zapytała
ciocię, która tam mieszka, czy nie mogłaby mi na pewien czas wynająć mi pokoju,
albo chociaż kawałka podłogi xd. Zamierzam tam pracować, zarabiać, zaoszczędzić
i wrócić. Co z tego wyjdzie, to nie wiem. Może nic, a może wszystko. Najważniejsze,
że mama mnie nie wyśmiała, a zamierza mnie w tym wspierać, dzięki temu, może
naprawdę się coś udać.
Święta spędziłam calusieńkie u mamy, w Szwajcarii. I
jak już mówiłam, jedyne czego żałuję, to tego że nie pojeździłam na nartach.
Reszta wyszła okej. Sylwestra spędziliśmy z dziewczynami z grupy mamy, którym
bliżej wiekowo do mnie niż do niej, ale tym lepiej dla mnie. Rodzice poszli
chwile po północy spać, a ja z Młodym siedzieliśmy u dziewczyn do 2. Trochę
pogadałam z nimi, trochę ze Słowaczką (co z boku musiało wyglądać komicznie, bo
ja mówiłam po polsku, ona po słowacku i naprawdę dobrze się dogadywałyśmy :D).
Po sylwestrze całe trzy dni nie robiłam NIC, bo mama chodziła do pracy. No
dobra, mniej więcej pół godziny zabierało mi zrobienie obiadu. Reszta czasu
została spędzona z Grey’s anatomy (po raz kolejny <3). Dopiero niedawno
zabrałam się za pracę maturalną i angielski. A jak ma się tyyyyyle czasu
wolnego, to można naprawdę sporo zrobić. Dopiero dziś wieczorem zaczęło mi się
nudzić, ale te nudy i tak na dobre mi wyszły, bo najpierw zagrałam z mamą i
bratem w remika, a później z mamą oglądałyśmy MTV. Ona ze względu na to, że
napisy były po niemiecku, a ja ze względu na to, że gadali po angielsku.
Później jeszcze obejrzałam odcinek serialu z angielskimi napisami, bo nie
mogłam się doczekać polskich. Przesłuchałam raz jeszcze pierwszych dwóch
rozdziałów „Opowieści z Narnii” i pozastanawiałam nad swoim życiem. Na rok 2014
postanowiłam postawić sobie kilka celów, by mieć do czego dążyć. Kilka
mniejszych, kilka większych.
1. Najważniejsze.
Przyłożyć się naprawdę porządnie do chemii i biologii, zdać zajebi*cie maturę i
dostać się na moje wymarzone studia :D
2. Pod
koniec maja/na początku czerwca wyjechać do Anglii, znaleźć tam tymczasową
pracę, zostać jak najdłużej, zaoszczędzić jak najwięcej.
3. Porządnie
wyleczyć do końca kostkę, wrócić do wspinania i częściej chodzić na basen.
4. Czytać
więcej książek.
5. Wydawać
mniej pieniędzy na bzdety.
6. Cały
czas dobrze się bawić.
To takie
najważniejsze, które przyszły mi do głowy jako pierwsze. Reszta prawdopodobnie
będzie się pojawiać i znikać, jak to często bywa. Najważniejsze są dla mnie
dwa/trzy pierwsze. Główne cele, do których zamierzam dążyć w 2014 roku.
See, ya! ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)