Ostatnio mam totalny mętlik w głowie. Dotyczący wszystkiego. Jednego dnia wydaje mi się, że chciałabym, żeby coś wyszło, a dwa dni później coś się we mnie załamuje i myślę sobie 'nie, to nie będzie dobre'. Sama już nie wiem, czego tak naprawdę chcę i gubię się w swoich uczuciach. Nie wiem, czy zależy mi wystarczająco bardzo, żeby to mogło się udać. Bo jak może mi zależeć, skoro nadal zdarza mi się myśleć o B.? To już nie jest i nigdy nie będzie to samo. Ale pamiętam to uczucie. I naprawdę wiele bym dała, gdyby znowu się pojawiło. Tyle tylko, że wobec kogoś innego. Chciałabym, ale czasami mam wrażenie, że nie potrafię. Nie szukam na siłę. Nigdy nie szukałam. Myśl, że coś mogłoby między nami być pojawiła się sama, znienacka. A teraz przeplata się z tymi cholernymi wątpliwościami. Ja po prostu chciałabym wiedzieć. Chciałabym mieć pewność czego chcę. Ktoś mógłby powiedzieć, że warto spróbować, przekonać się. Ale nie chcę, by potem relacje między nami się zepsuły. Nie chcę go unikać i bać się spojrzeć mu w oczy. Powtórka sytuacji z D. nie jest mi do niczego potrzebna. A doskonale pamiętam jak dziwnie mi potem było przebywać w jego towarzystwie. Jak dziwnie było patrzeć mu w oczy i udawać, że nic się nie stało. Bo stało się, nawet jeśli dla mnie nic to wtedy nie znaczyło. A teraz? Teraz znowu miałoby tak być? Przecież dopiero co unormowała się sytuacja z D. Czasami wydaje mi się, że powinnam poczekać i zobaczyć co przyniesie los. Ale samo nic nie przychodzi. Więc cały czas biję się z myślami i zastanawiam czy warto. Czy warto podejmować jakiekolwiek ryzyko? A co jeśli nic z tego nie wyjdzie? Znów będę uciekać?
Poza bałaganem w moich uczuciach jest jeszcze jedna sprawa. Mama wyjechała do Szwajcarii. Tata ma urlop od 15 i to wtedy do niej jedzie. Początkowo nie było brane pod uwagę, że i ja przyjadę, jednak plany się zmieniły. W końcu nie wiadomo kiedy się z mamą zobaczę, jeśli nie teraz. Może dopiero na święta. I z jednej strony chcę jechać. Chcę jechać dla niej, chcę jechać dla Młodego, ale chcę też jechać, bo wcale nie uśmiecha mi się siedzenie 2 tygodnie samej w domu. I chcę zobaczyć Szwajcarię. Ale z drugiej strony opuścić taką okazję. M. i jej wolny dom przez cały wyjazd moich rodziców. To mi się nie uśmiecha, bo zdaję sobie sprawę z tego jak wiele mnie ominie. Jak wiele mogę stracić. I nie chodzi mi tu tylko o imprezy. Jest coś więcej, czego się boję.
Jutro zakończenie roku. W końcu. I tak już od prawie 3 tygodni nie było mnie w szkole, ale jutro zacznę oficjalne wakacje. Fakt faktem tata mnie zabije za świadectwo, ale cóż, zdarza się. Nawet mam już przygotowaną gadkę, co mu powiem gdy się przyczepi.
Świeży tatuaż na prawej ręce i skręcona kostka w lewej nodze. Żyć, nie umierać!
P.S.Przy okazji niechodzenia do szkoły, co tygodniowych imprez i bólu w nodze zaczęłam zdecydowanie za dużo palić.
czwartek, 27 czerwca 2013
czwartek, 6 czerwca 2013
65.
Czerwiec jest ciężkim miesiącem. Męczy mnie pranie, sprzątanie, gotowanie, zajmowanie się domem i wychowywanie brata. Czasem mam ochotę uciec. Wsiąść w pociąg, pojechać do Warszawy, Berlina, Poznania. Gdziekolwiek. Spacerować nocą po mieście. Nie myśleć o nauce, o tym, że Młody nie przeczytał lektury, o kupie brudów, która czeka na swoją kolej trafienia do pralki, ani o tak samo dużej kupie czystych ubrań, które czekają na złożenie i poukładanie w szafach. Chciałabym z czystym sumieniem usiąść na trawie, poczytać książkę, nie myśleć o niczym.
W czerwcu dużo się dzieje. Nauczyciele chcą dodatkowych ocen, bo im brakuje, uczniowie (w tym ja) poprawiają to, co potrzebują. Impreza goni imprezę. Osiemnastka za osiemnastką, a mi głupio odmawiać, szczególnie, że dostaję zaproszenia od ludzi, z którymi zależy mi na spotkaniu. Chociaż to nie zawsze wychodzi mi to na dobre. Robię coś, co wydaję mi się, że chcę robić, a kilka dni później uświadamiam sobie, że nie. Nie chcę i nigdy nie chciałam. A wszystko za każdym razem sprowadza się do tego jednego.
Za tydzień przyjeżdża mama, a ja już nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Znowu wybiję się z rytmu. Nie będę potrafiła potem wrócić do codzienności i swoich obowiązków. Będzie zła za oceny, ale nie radzę sobie. Tak długo udawałam, że wszystko jest w porządku, że teraz już przyznaję (tylko sobie, ale przyznaję), że naprawdę sobie nie radzę.
Zmęczenie coraz częściej bierze górę. Bywa, że po szkole śpię półtorej godziny, a potem i tak zasypiam o 19. Nastawiam sobie budzik na 3.30-4.00, żeby się chociaż trochę pouczyć, a potem znowu o 19 padam na twarz. I takie błędne koło. Na szczęście już jutro piątek. A ten weekend jako jedyny jest wolny od imprez, więc siedzę w domu, sprzątam i odpoczywam.
Moje emocje mieszają się ze sobą. Często sama nie wiem czego chcę, ani co czuję. Z jednej strony wydaje mi się, że ja naprawdę jestem szczęśliwa. A z drugiej tak wiele pragnę, tak wiele oczekuję. I wciąż się obawiam. Na razie tylko uciekam. Bo co innego mi pozostało? A może nic się nie zmieniło? Tak bardzo bym chciała.
Dziadek uciekł. Kolejny raz. Wyjechał za granicę. Cholera wie co się z nim dzieje. Babcia planuje wyjechać do Włoch. Mówi, że chciałaby już koło 20 czerwca. Tata z Młodym planują pojechać do mamy, do Szwajcarii. A ja znowu zostanę sama. A może to i lepiej? Może to mnie tylko zahartuję. Może dzięki temu stanę się silniejsza. Może życie przestanie być takie ciężkie, gdy będę wiedziała czego jeszcze mogę się spodziewać. Tak wiele nadziei.
Na chwile obecną nie pozostaje mi nic jak czekać na wakacje. Już niedługo! Pogoda też ma się trochę poprawić. Proszęproszęproszę, tylko trochę! Chcę słońca! Bo w taki pochmurny dzień jak dzisiaj, to nic, tylko iść spać.
Za tydzień o tej porze będziesz mój!
W czerwcu dużo się dzieje. Nauczyciele chcą dodatkowych ocen, bo im brakuje, uczniowie (w tym ja) poprawiają to, co potrzebują. Impreza goni imprezę. Osiemnastka za osiemnastką, a mi głupio odmawiać, szczególnie, że dostaję zaproszenia od ludzi, z którymi zależy mi na spotkaniu. Chociaż to nie zawsze wychodzi mi to na dobre. Robię coś, co wydaję mi się, że chcę robić, a kilka dni później uświadamiam sobie, że nie. Nie chcę i nigdy nie chciałam. A wszystko za każdym razem sprowadza się do tego jednego.
Za tydzień przyjeżdża mama, a ja już nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Znowu wybiję się z rytmu. Nie będę potrafiła potem wrócić do codzienności i swoich obowiązków. Będzie zła za oceny, ale nie radzę sobie. Tak długo udawałam, że wszystko jest w porządku, że teraz już przyznaję (tylko sobie, ale przyznaję), że naprawdę sobie nie radzę.
Zmęczenie coraz częściej bierze górę. Bywa, że po szkole śpię półtorej godziny, a potem i tak zasypiam o 19. Nastawiam sobie budzik na 3.30-4.00, żeby się chociaż trochę pouczyć, a potem znowu o 19 padam na twarz. I takie błędne koło. Na szczęście już jutro piątek. A ten weekend jako jedyny jest wolny od imprez, więc siedzę w domu, sprzątam i odpoczywam.
Moje emocje mieszają się ze sobą. Często sama nie wiem czego chcę, ani co czuję. Z jednej strony wydaje mi się, że ja naprawdę jestem szczęśliwa. A z drugiej tak wiele pragnę, tak wiele oczekuję. I wciąż się obawiam. Na razie tylko uciekam. Bo co innego mi pozostało? A może nic się nie zmieniło? Tak bardzo bym chciała.
Dziadek uciekł. Kolejny raz. Wyjechał za granicę. Cholera wie co się z nim dzieje. Babcia planuje wyjechać do Włoch. Mówi, że chciałaby już koło 20 czerwca. Tata z Młodym planują pojechać do mamy, do Szwajcarii. A ja znowu zostanę sama. A może to i lepiej? Może to mnie tylko zahartuję. Może dzięki temu stanę się silniejsza. Może życie przestanie być takie ciężkie, gdy będę wiedziała czego jeszcze mogę się spodziewać. Tak wiele nadziei.
Na chwile obecną nie pozostaje mi nic jak czekać na wakacje. Już niedługo! Pogoda też ma się trochę poprawić. Proszęproszęproszę, tylko trochę! Chcę słońca! Bo w taki pochmurny dzień jak dzisiaj, to nic, tylko iść spać.
Za tydzień o tej porze będziesz mój!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
