poniedziałek, 27 maja 2013

64.

Jest mi ciężko. Z każdym dniem coraz bardziej. Tata w ogóle mi nie pomaga. Nauczyciele w szkole cisną coraz bardziej. Kilka przedmiotów koniecznie muszę poprawić. Korepetycje pchają się do mnie drzwiami i oknami, a ja nawet na to nie mam czasu. Weekend miałam poświęcić nauce, a wyszło jak zwykle. Impreza, a potem zdrowienie. Wiadomka. Na szczęście tylko dwa dni szkoły i z powrotem wolne. Tym razem się biorę za naukę! Taaaa. Zawsze tak jest, najpierw coś planuję, a potem wszystko trafia szlag. Co chwilę ktoś coś ode mnie chce. Po domu rozlega się wciąż wołanie 'A. chodź na chwilę', 'A. muszę Ci coś pokazać', 'A. pomóż mi', 'A., a wiesz, że...'. I na nic zdają się moje prośby, tłumaczenie, że mam naukę, żeby mi nie przeszkadzali, nie przerywali. A potem do mnie będą pretensje. Przykro mi, nie radzę sobie. Ileż można. Nie dam rady wychowywać jedenastolatka, zajmować się domem i jeszcze poświęcać swojej nauki. Nie dam. Jestem zmęczona. We wszystkich możliwych znaczeniach. A moja psychika tak wysiada, że potrafię się rozkleić w najmniej oczekiwanym momencie. A potem chodzić jak struta przez cały dzień i udawać, że u mnie wszystko jest w porządku. Czasami chcę porozmawiać. Potrzebuję porozmawiać. Już mam na języku 'muszę pogadać', ale jakoś nie potrafi przejść przez usta. A gdy się wydaje, że mi się uda, że może to z siebie wyduszę i że będzie mi lepiej, to zawsze coś. Nie moja wina. Chciałabym, naprawdę. A czasem mi się wydaje, że naprawdę potrzebuję pomocy. Chcę, żeby ktoś zrozumiał, że nie ogarniam sama swojego życia. Nie chcę pomocy w sprzątaniu, nauce. Chcę... Tak, chcę porozmawiać. Tak od serca. Wypłakać się. A nie kolejny raz chować twarz w poduszkę.