środa, 19 grudnia 2012

57.

Święta tuż tuż. Nie mogę się już doczekać. Sam fakt, ze w końcu będzie dłuższy odpoczynek od szkoły jest niesamowicie budujący, a to, że jadę w góry tylko polepsza mój stan. Zrelaksuję się, wypocznę, spędzę czas z rodziną. Nie przeszkadza mi to, że będę jedynie z rodzicami i bratem, oraz ich znajomymi z córką. Wręcz cieszę się, że nie muszę spędzać świąt z babciami, w mojej miejscowości. Gdy byłam młodsza i pewną część świąt spędzaliśmy u drugiej babci wraz z kuzynką, jeszcze to lubiłam. Jednak teraz nie sprawia mi to przyjemności. Wolę usiąść z rodzicami przy stoliku wśród obcych ludzi, ale widzieć mamę szczęśliwą, nie zmęczoną długimi przygotowaniami i nie zestresowaną tym, jak innym będzie się podobać. Mój brat także się cieszy, chociaż on raczej z tego, że będzie mógł znowu pojeździć na nartach. 
Mimo że przerwa świąteczna zaczyna się już za 2 dni strasznie mam ochotę odpuścić sobie jutrzejszy dzień. Wiem, że nie powinnam, bo mam tylko jedną ocenę z geografii i jak opuszczę kartkówkę, to pani prawdopodobnie nie będzie mnie klasyfikować. Gdybym miała pewność, ze mnie zapyta, albo zrobi kartkówkę, to bym poszła, jednak wiem, że będę żałować, że nie zostałam w domu, jeśli pójdę i cały szkolny dzień będę się nudzić. Zobaczę jeszcze rano na ile będzie mi się chciało wstawać z łóżka. 
Dzisiaj był ostatni dzień ściany do 2 stycznia, a ja go przepuściłam. Wcześniej wydawało mi się to być dobrym pomysłem, ponieważ byłam wykończona i jedyne o czym marzyłam to ciepłe łóżeczko i pies przy boku, ale teraz gdy się tak nad tym zastanawiam, to cholernie żałuję. Nie wiem jak wytrzymam do 2 stycznia bez wspinania. Tak długiej przerwy nie miałam od wakacji. Może to na mnie bardzo źle podziałać, wpadnę w totalny regres, nie będę miała ochoty się wspinać, ale z drugiej strony mogę wrócić pełna energii i chęci. Oby tak było, bo ostatnio, mimo że miałam ochotę iść na ścianę, to w momencie gdy już się tam znalazłam, totalnie nie chciało mi się nic robić. 
Mama wyjeżdża 7 stycznia. Ja z bratem 14 do niej pojedziemy, żeby spędzić z nią jeszcze tydzień i ja przy okazji pomogę cioci i zarobię sobie trochę. Mam bardzo przeżywa to, ze musi zostawić mnie i Młodego. Nie dziwię jej się. Nie wiadomo jak często będzie mogła przyjeżdżać, ani kiedy ponownie zamieszka z tatą i M. Sama także cholernie bym się bała na jej miejscu, ale wiem, że sobie poradzi. Z resztą, nie będzie miała zbyt dużo czasu na rozmyślanie, a czas tam minie jej w mgnieniu oka. 


Ostatnio nic, tylko to.

niedziela, 9 grudnia 2012

55.

Zauważyłam ostatnio, że to, co piszę jest bardzo chaotyczne. Zastanawiałam się chwilę jak to zmienić, po czym doszłam do wniosku, ze nijak. Piszę, gdy mam ochotę, potrzebę. Piszę to, co myślę. A to, że moje myśli także są takie chaotyczne, to już inna sprawa.
Zamierzałam trochę ponarzekać na to, jak zmęczona jestem, jak męczą mnie koszmary i ogólnie jak mi źle, ale stwierdziłam, że zdecydowanie za dużo narzekam. Czasem wystarczy zmienić nastawienie, a już człowiek czuje się lepiej. Więc spróbuję. Kolejny weekend miałam zawalony, ale nie jest to marudzenie. Naprawdę cieszę się z tego powodu. Piątek po szkole cały spędziłam na ścianie. Zamierzałam nakręcić coś fajnego i nawet miałam całkiem ciekawą koncepcję, ale na koncepcji się skończyło. Przez dwie godziny nakręciłam może ze trzy ruchy, po czym stwierdziłam, że wyszło z tego jedno wielkie gówno. Od razu zamierzałam to odkręcić, ale doszłam do wniosku, że może jednak wpadnę jeszcze na coś ciekawego innym razem, więc zostało. Byłam totalnie wypruta z sił, nie miałam ochoty na wspinanie, więc  wstawiłam się w kilka dróg, po czym postanowiłam odpuścić sobie kolejne zajęcia. Teraz pójdę na nie dopiero w piątek, może nagle mi się zachce. Chociaż nie jest mi dobrze z myślą, że jutro mam możliwość pojawienia się na treningu, a mnie na nim nie będzie. Serio.
W sobotę jak wyszłam z domu o godzinie 15, tak wróciłam dzisiaj o 22. Wczoraj byłam u M. z kilkoma znajomymi z klasy, a dziś jechałam z rodzicami do Warszawy, żeby odwieźć mamę, która jutro leci do Szwajcarii (swoją drogą, jak się z nią żegnałam, to łzy mi napłynęły do oczu, jakbym miała nie mieć z nią kontaktu przez najbliższe pół roku, a nie trzy dni. Ale to pewnie przez zmęczenie). Jako, że u M spała zaledwie godzinę (tak, g-o-d-z-i-n-ę), a w samochodzie półtorej, to pół dnia u cioci przespałam. Później przypomniało mi się, że mam na jutro do namalowania plakat na PO, więc zaczęliśmy akcję pt ,,kto odrobi pracę domową A.?". Stanęło na wujku Marku (swoją droga nie moim wujku, ale nie ważne), który uporał się z tym w 20 minut. Chyba częściej muszę jeździć do Warszawy.
Teraz siedzę i zastanawiam się co ze sobą zrobić, bo niby poszłabym spać, ale trochę szkoda mi czasu (w końcu przespałam pół dnia), na sprawdzian z wosu też nie chce mi się uczyć. Popisałabym opowiadanie, ale do pendrive'a za daleko (musiałabym iść aż na górę). Obejrzałabym nowy odcinek serialu, ale mama zabrała iPada, a miałam ochotę zrobić to w łóżku. I skończyło się na tym, że jednak narzekam. Chociaż to nie jest takie prawdziwe. Marudzę, ale jestem zadowolona z minionego weekendu. Mimo że często jestem zmęczona i potrzebuję odpoczynku to lubię życie na wysokich obrotach. Nuda jest... nudna.

No i pięknie. Zaczęło się tak ładnie, a skończyło jak zwykle - chaotycznie. Szlag by to trafił.

niedziela, 2 grudnia 2012

54.

I jest. Mama podpisała umowę. Boję się chyba bardziej niż ona. A to ja ją najbardziej namawiałam. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym nić nie mówiła, oni nie zdecydowaliby się. A teraz tak często ogarnia mnie strach. Przyszłość jest cholernie niepewna. Bardziej niż wcześniej. Nie wiadomo co będzie z tatą, a już w ogóle nie wiadomo co ze mną. Ja w zasadzie już sama nie wiem, czego chcę. Z jednej strony chciałabym być z nią, najlepiej tam, a z drugiej nie jestem tego pewna. Moje życie od stycznia ulegnie diametralnej zmianie. I boję się, że to ja będę musiała wychowywać swojego brata. Często odrzucam od siebie takie myśli. Ja byłam do tej pory najbardziej optymistycznie nastawiona i dobrze by było, gdyby tak zostało. Chociaż często zastanawiam się, czy nie poprosić mamy, żeby zrezygnowała. Wiem, że wystarczy jedno moje słowo. Najgorsze jest właśnie to, że sama nie wiem czego chcę. Plączę się we własnych myślach, pragnieniach i obawach. Ale zamierzam czekać i cieszyć się tym, co przynosi przyszłość. 
***
Kolejny weekend zawalony. W piątek byłam niecałą godzinę w domu, w trakcie której musiałam się wykąpać i spakować. Później leciałam na ścianę, ponieważ mieliśmy przygotowania do zawodów wspinaczkowych. Jak w piątek nie robiliśmy prawie nic, tak w sobotę od rana urwanie głowy. Biegałam z jednego miejsca do drugiego i nie wiedziała w co ręce włożyć. Kilka osób potrzebowało pomocy, a ja nie wiedziałam od czego zacząć. Potem jeszcze asekuracja. Nie sprawiało mi to problemów, jednak po kilku godzinach byłam wykończona. Chciałam czym prędzej zrobić to, co było do zrobienia i wrócić do domu. Dzisiaj pierwszy raz, od niepamiętnych czasów porządnie się wyspałam. W końcu. Zawody zawsze są fajne i mają kilka plusów, jednak mam ich dosyć na najbliższe pół roku. Ale przynajmniej zdobyłam w dwóch idoli. Stachu i Konstanty wymiatali. Dla mnie oni byli najlepsi. Stasiu miał 4 latka i był chyba najbardziej wesołym dzieckiem, jakie w życiu spotkałam. Nie przejmował się tym, że mu nie idzie i przegra. Wspinał się dla własnej frajdy, a o to przecież chodzi. Konstanty natomiast, to jego ośmioletni brat. Wyglądem i wzrostem przypominał raczej sześciolatka, jednak wspinał się niesamowicie. Nie ukończył jednej z dróg tylko dlatego, że brakło mu wzrostu i nie miał jak tego wykombinować. Inaczej, z pewnością by mu się udało. Mimo wszystko jestem ich największą fanką. I wielki podziw dla ich rodziców za podejście do dzieci.