W poniedziałek zaczynam matury, do których czuję się totalnie nieprzygotowana. Podobno to dobry znak. Jednak w moim przypadku, to żaden znak, ja po prostu jestem do nich nieprzygotowana. Jedyny przedmiot do którego sumiennie od lutego tego roku się przygotowywałam to chemia, jednak i z nią miałam zbyt mało czasu. Reszta jakoś tak zeszła na drugi plan. Dopiero co zaczynałam liceum było jeszcze tak wiele czasu na naukę, a to minęło jak pstryknięcie palcami. Do poniedziałku czeka mnie jeszcze wiele streszczeń i opracowań wszelkiego rodzaju. A na dodatek muszę także iść jeszcze przynajmniej raz na angielski, bo na dzisiejszych zajęciach nie wyrobiłam się i zostało mi do poprawki zaledwie pół strony pracy maturalnej. Którą swoją drogą muszę jeszcze przerobić i się jej nauczyć. Nie mam pojęcia jak tego dokonam jednocześnie wciąż powtarzając biologię, naprawdę. A biologia? Jak była, tak dalej jest w czarnej du*ie. Żebym ja dobrze zdała maturę i dostała się na tą medycynę, musiałaby się chyba zdarzyć cud. Ale ja ostatnimi czasy wierzę w cuda, więc kto wie xd.
Podchodziłam do napisania tej notki już 4 razy, dosłownie! Niestety za każdym razem stawałam już na samym początku i rezygnowałam. Dopiero teraz uświadomiłam sobie dlaczego. To nie wena mnie opuściła. W moim życiu ostatnio zwyczajnie nic się nie dzieje. Dni polegają na ciągłej nauce przerywanej praniem, powierzchownym ogarnianiem domu i gotowaniem obiadu. No, i wchodzeniem na laptopa. Jestem durna jak but, dlatego na tydzień przed maturą oglądam wszystkie, durne (bardziej niż ja) tvn-owskie programy. Cóż bywa.
A więc, plan na najbliższy czas: 5, 6, 7 maj - maturki kolejno z polskiego, matematyki i angielskiego.
9 maj - prezentacja z polskiego (niestety -.-)
12 maj - biologia (jeszcze bardziej niestety)
14 maj - ustny angielski (tak, właśnie zaczęłam się nim stresować)
16 maj - ostatnia matura, czyli chemia.
Później, to jest resztę 16 i cały 17 maj zapewne spędzę na pakowaniu swojego 19-letniego życia w 5 kartonów, które następnie muszę schować gdzieś w garażu. Później próbuję upchnąć do walizki tyle rzeczy ile tylko się da i 18 ruszam do Warszawy. Później całymi dniami ryczę w tęsknocie za swoim psem i kotem, no i może trochę za bratem. A jak już się trochę uspokoję (to jest 20 maja) wylatuję do Anglii. Mój durny pomysł, o którym powiedziałam pod wpływem samaniewiemczego. I wszystko szło pięknie i układało się po mojej myśli. Tata kupił mi bilet na samolot i w ogóle. Ale jakoś tak z dnia na dzień łapie mnie coraz większy stres i strach. Cholera, a co jak sobie nie poradzę? Co ja pieprzę. Ja sobie przecież zawsze radzę!
Tak jest i tak musi być!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz