wtorek, 8 stycznia 2013

58.

Święta minęły. Śnieg był. Narty były, zabawa też. Sylwester także się udał. Ale od początku. 
Wyjazd był czymś, czego od dawna potrzebowałam. Oderwałam się od wszystkiego, spędziłam czas z rodzicami. I przez chwilę byłam nawet w dobrych relacjach z tatą, a nie jedynie 'obojętnych'. Przy okazji odkryłam w sobie nową pasję. Tak, jazda na nartach z pewnością stała się dla mnie tym, co robiłabym najchętniej zaraz po wspinaniu. Gdybym tylko miała taką możliwość. Początki były trudne. Nawet bardzo. Z rodzicami stwierdziliśmy, że żeby zaoszczędzić pieniędzy nie weźmiemy instruktora. W końcu jeździliśmy na nartach 4 lata temu, musimy coś pamiętać. Otóż nie. Wjechaliśmy orczykiem na 400 metrową górkę. Na górze okazało się, że jest bardziej stroma, niż na początku sądziliśmy. No ale co zrobić, tak czy siak zjechać trzeba, innej drogi na dół nie ma. Na pierwszy ogień poszłam ja. Niestety okazało się, że nie pamiętam jak hamować i rozwinęłam taką prędkość, że w połowie zaliczyłam glebę. I to porządną. Odpadła mi jedna narta i chyba z 10 minut siłowałam się, żeby ją założyć. Druga połowa drogi w dół te nie zachwycała. Znów rozwinęłam zbyt duża prędkość i kolejny raz się przewróciłam. Tym razem tak porządnie. Obie narty mi się odczepiły (naprawdę nie mam pojęcia jak to się stało) i poleciały w dwóch różnych kierunkach. Po mnie zjechał mój tata. Jego styl też nie zachwycał, bo także zaliczył kilka upadków. Ale nie zraziliśmy się i pojechaliśmy na górę, gdzie nadal stała mama z bratem. Tak się przestraszyli widząc mój upadek, że ani myśleli się ruszyć. Tata poprosił instruktora, który uczył naszego znajomego, aby zjechał chociaż z młodym. Pojechałam za nimi i wszystko mi się przypomniało, jednak nadal nie czułam się zbyt pewnie. No i jeździłam jak ostatnia pokraka. Powiedziałam tacie, że czułabym się pewniej po lekcji, i że przydałaby mi się chociaż jedna. W końcu ustaliłyśmy z mamą, że weźmiemy jedną na pół, czyli każda po pół godziny. Ja się rzuciłam pierwsza. Wzięliśmy pierwszego instruktora, który był wolny, jednak okazał się świetny. W każdym znaczeniu. A, owy instruktor, nie tylko naprawdę dobrze tłumaczył, ale i wyglądał nieziemsko (nadal się trzymam wersji, że mógłby mi zastąpić W - wspinacza, na którego lecimy wszystkie trzy z przyjaciółkami). W trakcie pół godziny zjechaliśmy 3 razy. Potem czas się skończył. Z bólem serca zamieniłam się z mamą, jednak cieszyłam się, że nadal będę mogła go obserwować. Mojej mamie wszystko szło tak opornie, że jeden zjazd zajął jej całą część jej lekcji. Tata zdecydował się dokupić jej pół godziny i rzeczywiście to trochę pomogło. Wprawdzie jej styl jazdy był... no, spójrzmy prawdzie w oczy, koszmarny, to jednak zjeżdżała i wydawało się, że sprawia jej to przyjemność. Sama także jeszcze tego dnia zaliczyłam wieeeele gleb, jednak i tak o wiele mniej niż mój tata. Do domu wróciliśmy na obiad.Po jedzeniu wszyscy siedzieliśmy w jednym pokoju. Pani, cholera, ciocia K. - fryzjerka, zabrała się zabrała się za robienie mi i swojej córce fryzury. Obie miałyśmy warkoczyki, które mogłyby być na naszych głowach przez tydzień, jednak nie pasowało to do mnie i już następnego dnia je zdjęłam. Mimo ogromnego zmęczenia nie mogłam zasnąć. Kręciłam się z boku na bok, i tak każdej nocy. Normalnie ubaw po pachy, naprawdę. Kolejne dni opierały się głównie na nartach. Jazda sprawiała mi coraz mniej problemów i coraz więcej przyjemności. Technika z każdym zjazdem była coraz lepsza, jednak wciąż nie zadowalająca. Tęsknie patrzyłam w stronę większej (1200 metrów) i bardziej stromej góry, jednak wiedziałam, że nie odważę się stamtąd zjechać. Przede wszystkim zniechęcały mnie tłumy ludzi, na których trzeba było uważać, no i... gdzie tam, ja? Przecież to byłaby gleba na glebie. Oczywiście myliłam się. Ostatniego dnia jazdy z rana poszliśmy własnie tam. Tata i wujek na dole wypożyczyli narty, wykupili sobie po dwa wjazdy, a reszcie rodziny po jednym i na górę. Kolejka linowa nas wwiozła. Widoki, ładnie, nie powiem, jednak nadal nie chciałam zjeżdżać. Tata z wujkiem zjechali, a ja z mamą, ciocią i dzieciakami rozejrzałyśmy się na górze. Okazało się, że jest tam też mały wyciąg, coś w sam raz dla dzieciaków, żeby podszkoliły skręty, jednak dla mnie to było zwyczajnie nudne. Od taka nudna... nie, to nawet nie była górka. Miałam wrażenie, że musiałabym się odpychać, więc zdecydowałam, że szkoda kasy i poczekam aż pójdziemy w moje ulubione miejsce. Posiedzieliśmy chwilę w karczmie, gdzie wypiłam pyszną czekoladę. I z powrotem kolejką w dół. Stwierdzili, że na drugi stok pójdziemy dopiero po obiedzie i jako, że byłam jedyna, której to nie pasowało musiałam się dostosować. Z niecierpliwością wyczekiwałam, aż wybije godzina, o której mieliśmy wyjść. Mimo że poprzedniego dnia byliśmy późnym wieczorem bo od 18 do 21, tym razem w drodze naszły mnie złe przeczucia. Byłam niemal pewna, że nic z tego. Gdy zaszliśmy okazało się, że miałam rację. Światła były zgaszone, a wyciąg nie działał. Cholerna intuicja. Nie potrafiłam odpuścić. Jeszcze tego dnia nie jeździłam i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym tego nie robić, szczególnie, że był to nasz ostatni dzień. Postanowiliśmy iść na większy stok, ten sam, na którym byliśmy rano. Mama po drodze nas straszyła, że on też jest nieczynny, a ja się prawie trzęsłam. Z żalu, złości, rozpaczy i nie wiem, czego jeszcze. Na szczęście wyciąg działał. Wypożyczyliśmy narty, wykupiliśmy dwugodzinne karnety i ruszyliśmy na podbój (a w zasadzie ja ruszyłam). Ciotka, mama i dzieciaki siedzieli na górze. Młody zdecydował się iść na mały stoczek, z którego ja wcześniej zrezygnowałam. Mój pierwszy zjazd był... powolny. Tata i wujek czekali na mnie na dole tak długo, że pomyśleli, że jakąś porządną glebę zaliczyłam (a muszę się pochwalić, że w trakcie pierwszego zjazdu nie zaliczyła żadnej). Drugi już był lepszy poznałam stok, wiedziałam gdzie muszę uważać, jednak nadal się obawiałam szybkości, jaką można tam rozwinąć i jechałam wolno. Dopiero potem się zaczęło. To była bajka. Wywrotki się zdarzały, wiadomo. Z resztą, komu się nie zdarzają, gdy jedzie się z taką prędkością? Po dwóch godzinach nie miałam dosyć. Chciałam więcej. Pragnęłam więcej, a wręcz potrzebowałam. Niestety, zrobiło się późno i wyciąg powoli był zamykany. Mimo żalu, że to koniec, byłam uradowana, że jednak się zdecydowałam. Ale mimo wszystko uważam, że gdyby nie ćwiczenia wcześniejszego dnia (łącznie zjechałam 50 razy, co się równa 20km, nic dziwnego, że kolana odmawiały mi posłuszeństwa -.-) to, to by nie wyszło. Wieczorem usiedliśmy w innej karczmie. Zjedliśmy pizzę, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, szczególnie wujek, wspominając jeden z moich epickich upadków, gdzie się przewróciłam, jednak nadal zjeżdżałam, odbiłam się na rękach i jechałam dalej. Mimo śmiechu, powstrzymywałam się, żeby się nie rozpłakać. Poczułam się dokładnie tak samo, jakby ktoś powiedział mi, że nie mogę się wspinać przez najbliższy rok. Cholernie nieprzyjemne uczucie. Wychodząc z karczmy, przypomniałam sobie o softshellu, który dałam mamie na przetrzymanie. Okazało się, że zostawiła go w kawiarni na górze, gdzie już nie ma wstępu. Na szczęście bluza odnalazła się następnego dnia, chwilę przed wyjazdem do domu. Na początku nie czułam się dobrze po powrocie. Chciałam znowu znaleźć się w górach. Za każdym razem przekonuję się, że góry to moje życie. O każdej porze roku.
Sylwestra spędziłam z M. i kilkoma znajomymi z klasy. Szczerze mówiąc miałam ochotę zostać w domu, jednak później cieszyłam się, że poszłam.
Podsumowując okres świąteczny mogę powiedzieć tylko jedno: za krótko. Za krótko byłam na nartach. Za krótko trwał, bo nie miałam czasu, żeby porządnie wypocząć. Nie przeczytałam wszystkich książek, które planowałam. Teraz z niecierpliwością czekam na ferie. Jeszcze tylko 3 dni. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz