Zdarza mi się, że wracam wolnym krokiem późnym
wieczorem ze sklepu, obserwuję ludzi, jeśli chodzi o Polaków, to znam 90%
żyjących na naszej dzielnicy i zastanawiam się nad ich życiem. Po chwili
zaczynam zastanawiać się nad swoim. Bo ich życie polega głównie na piciu i
szwędaniu się po okolicy. Chyba, że mają rodzinę, to wtedy na piciu, ale w domu
lub w domu znajomych, choć też nie zawsze. Widząc ich życie, cieszę się, że nie
jest to moje życie. Od niemal pół roku nie miałam alkoholu w ustach. I WCALE mi
tego nie brakuje. Nie czuję, żebym musiała się czegoś wyrzekać. Ale zastanawiając
się nad swoim życiem dosyć często zadaję sobie pytanie czy to jest życie
którego chcę. Czy tak to miało wyglądać. Nie, zdecydowanie nie tak. Nigdy nie
chciałam wracać sama z zakupów, do domu pełnego ludzi, ale pustego pokoju
wielkości 2 na 2 metry. Zjadać na obiad zupki chińskiej w pośpiechu przed
pracą, albo w ogóle nie zjadać śniadania, bo przecież nie ma kiedy. Na początku
było super, poczułam trochę wolności, nadal tę wolność czuję, ale już jej nie
chcę. Brakuje mi prania czyiś brudów,
prasowania czyiś ubrania, gotowania
dla kogoś obiadu lub wypróbowywania
nowego przepisu na ciasteczka. Jak nie mam tego robić dla kogo, to dla samej
siebie zwyczajnie mi się nie chce. Czasem nie chce mi się nawet prania
wstawiać, więc idę do sklepu kupić wielopak nowych majtek, by mieć w czymś
chodzić. I tak, mówię całkowicie poważnie. Choć ostatnio wszystko zmierza ku
lepszemu, to obawiam się, że jeszcze co najmniej dwa miesiące pozostanę w
takiej egzystencji pół na pół. Po nowym roku, jakoś odzyskałam energię. Choć
czasem wciąż czuję się zmęczona, wciąż mi się nie chce, to wiem że już teraz
nie idzie to tylko moim lenistwem, ale głównie tym pokojem. Jedyne co mogę
zrobić stojąc na środku, to obrócić się wokół własnej osi. Nie ma mowy, o
zrobieniu kroku w jedną stronę, czy w drugą. Dlatego nawet sprzątanie w nim
jest mocno utrudnione. Szczególnie teraz, gdy brzuch mi trochę urósł i
siedzenie na czworakach zbyt mocno uciska dziecko, które nie jest z tego powodu
zbytnio zadowolone. Ale już niedługo, już niedługo. Miesiąc, maksymalnie dwa i
będziemy mieć własne cztery kąty. Będę mogła urządzić po swojemu, gotować dla niego codziennie obiady, sprzątać i
prać jego rzeczy. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale tak, strasznie
mi tego brakuje. Takiej codziennej rutyny. I może też trochę rodziny. Tylko
teraz będzie to już moja własna rodzina. Taka jaką ja stworzę. Będę wychowywała
nasze dziecko i będę starać się to
robić najlepiej jak potrafię. Choć wiem, że będzie ciężej niż teraz, to jednak
z wielką niecierpliwością tego wyczekuję. Bo poza pracą, będą jeszcze obowiązki
domowe, będzie L. i będą studia. Chociaż do tego ostatniego to jeszcze trochę
zostało. Bo jeszcze przynajmniej rok, ale jeśli nie będę czuła się na siłach,
by iść z półrocznym dzieckiem na studia, to nie będę się do niczego zmuszać, w
końcu nie chcę zakończyć swojej kariery po miesiącu czy dwóch. Jeśli nie będę
czuła się na siłach, lub po prostu nie będę chciała zostawiać córki z kimś
obcym, poczekam kolejne pół roku i rozpocznę naukę, gdy L. będzie miała rok.

Podsumowując: Tak, wylądowałam w Anglii zaraz po napisaniu matury. Tak,
życie potoczyło się troszkę inaczej niż tego zaplanowałam. W tym momencie
zamiast myśleć o pisaniu aplikacji na studia, myślę o wyprawce. Połowa ciąży za
mną. Na razie czekam, aż mój facet znajdzie dom i w końcu stworzymy normalnie
funkcjonującą rodzinę. A nie będziemy jeśli tylko zimne obiady na kartonach z
piwem, na zapleczu sklepu. Jak się potoczy nie wiem. Ale niczego nie żałuję.
Jestem szczęśliwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz